-

umami

Jak ubecy wyszkolili psa Cywila. Z notatek szczerego ORMO-wca

Niestety, pod wpływem notki Gospodarza
http://gabriel-maciejewski.szkolanawigatorow.pl/kasztanowe-wosy-ubekow-czyli-kopoty-sie-nigdy-nie-koncza
wysłuchałem tej ubeckiej powieści Nienackiego „Worek Judaszów”.
Czyta to albo robot o ludzkim głosie albo nawet żywy człowiek o pseudonimie Czesio1.



Na podstawie tych Judaszów nakręcono film „Akcja Brutus”, w reżyserii Jerzego Passendorfera, ale się nie przemogłem i dotrwałem tylko do sceny z księdzem w pociągu.
Betacool uzupełnił, że te Judasze łączą się z „Liśćmi dębu”, kolejną powieścią Nienackiego, na ten temat.

Wokół Warszyca, rzeczywistego bohatera Worka Judaszów, pojawili się także inni literaci–propagandyści. Pod tekstem Gospodarza, w komentarzach, Pani pink-panther wymieniła Ernesta Brylla.

Ale zapomnieliśmy chyba o Tadeuszu Różewiczu. Na podstawie jego tekstu Kazimierz Kutz zrobili sztukę Do piachu, z Ryśkiem z „Klanu” w roli Walusia. Sztuka ta określana jest jako „kontrowersyjna”.
Tadeusz Różewicz nie zawahał się przedstawić partyzanckiego życia z naturalistyczną brutalnością. Żołnierze leśnego oddziału – zbiorowy bohater sztuki – w niczym nie przypominają romantycznych z ducha młodzieńców z „Kamieni na szaniec” czy „Kolumbów” z powieści Romana Bratnego. Są brudni, śmierdzący, bardziej podobni do zwierząt niż ludzi. Posługują się wulgarnym językiem, potrzeby fizjologiczne załatwiają w zbiorowej latrynie. Mimo to, jak mówi w pewnym momencie ich komendant, w większości są pełni „taktu” i wewnętrznej godności.
https://teatrtv.vod.tvp.pl/599693/do-piachu

W biogramie Stanisława Sojczyńskiego, w Wikipedii, o Różewiczu wspomina się tak:
Również w listopadzie 1944. [Warszyc] ostrzegł kpr. pchor. Tadeusza Różewicza ps. „Satyr” o tym, że został przez przełożonych oskarżony o propagowanie komunizmu. Ostrzeżony Różewicz potajemnie opuścił oddział[5].

Zbigniew Nienacki (prawdziwe nazwisko: Zbigniew Tomasz Nowicki), urodził się w 1929 roku. Mając dwanaście lat postanowił, że zostanie pisarzem.
Zacytujmy dłuższy fragment jego życiorysu, pochodzący ze strony poświęconej autorowi Pana Samochodzika
https://www.nienacki.art.pl/g_za_zycia.html:
        Po zakończeniu wojny, w 1945 roku, Pisarz powrócił do Łodzi i rozpoczął naukę w Liceum Ogólnokształcącym. Jako uczeń podjął pierwszą próbę literacką. W 1946 roku napisał powieść dla młodzieży „Związek Poszukiwaczy Skarbów”, która była drukowana w odcinkach, w tygodniku „Przyjaciel”. W następnym roku opublikował kilka wierszy w czasopiśmie „Kuźnica”, które było wówczas dla niego — jak sam twierdził — „Biblią w cotygodniowych odcinkach”.
        Po ukończeniu szkoły średniej, Pisarz wyjechał do Szklarskiej Poręby, gdzie krótko pracował jako wychowawca w Domu Dziecka Towarzystwa Przyjaciół Dzieci.
        W 1948 roku rozpoczął studia w Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi, a rok później otrzymał stypendium we Wszechzwiązkowym Państwowym Instytucie Kinematografii w Moskwie. I to tam Pisarz zetknął się po raz pierwszy z ideologią stalinizmu. Nie dziwi chyba fakt, że młody człowiek, o niezależnych poglądach, nie potrafił zaakceptować tzw. kultu jednostki. Uznano go za „antystalinowca”. Po zakończeniu pierwszego roku studiów w Moskwie, musiał zrezygnować z nauki i opuścić uczelnię.
        Powrócił do Łodzi. W kraju otrzymał tzw. „wilczy bilet”, czyli zakaz drukowania swoich utworów oraz dalszego kształcenia się.
        W 1950 roku złożył do druku w wydawnictwie „Czytelnik” swoją pierwszą powieść dla młodzieży, „Chłopcy” — których pierwowzór stanowił wspominany już „Związek Poszukiwaczy Skarbów”. Wezwano go wówczas do redakcji „Nowej Kultury" i oświadczono, że nigdy w Polsce niczego nie opublikuje, a co najwyżej może iść pracować jako pomocnik murarski na budowie. Po wielu latach, fakt ten wspominał następująco: „Udało mi się na szczęście dostać do (...) pewnego dygnitarza partyjnego, który zobaczywszy mnie i zapytawszy ile mam lat, z ubolewaniem pokiwał głową i rzekł: (...) »Nie jestem w stanie zmienić decyzji towarzyszy z „Nowej Kultury”, ale możecie przecież pisać pod pseudonimem«”. Człowiek ten umożliwił mu również rozpoczęcie pracy w dziennikarstwie. Od tej chwili literacki pseudonim stał się na stałe nazwiskiem Pisarza.
        Na początku była to posada w dziale rolnym „Gazety Robotniczej”. Później, w latach 1951—1962, powierzono mu kierowanie działem reportażu w tygodniku „Odgłosy”. Trzeba przyznać, że zawód dziennikarza Pisarz opanował perfekcyjnie i dowiódł tego wieloletnią w nim pracą. Tam też publikował zbiory reportaży będące jednocześnie pierwszymi szkicami do późniejszych powieści: „Tajemnice grobów i kurhanów" plus dwie kolejne jego części (ciekawostką jest, że ukazały się pod prawdziwym nazwiskiem — Zbigniew Nowicki) oraz „Na tropie tajemniczego Ałbazina”. Istnieją też jednak epizody w jego pracy dziennikarskiej, których później najwyraźniej wstydził się — mianowicie cykl reportaży pt. „Warszyc!”, napisanych pod pseudonimem „Ewa Połaniecka”. Zostały one jednak wykorzystane przy pisaniu „Worka judaszów”, o wiele mniej jednostronnego, bardziej wyważonego w treści.
        (...)
        W 1962 roku Pisarz został członkiem PZPR, choć często podkreślał, że jest zwolennikiem pluralizmu politycznego, dyskusji i wzajemnego zrozumienia swoich racji. Przez krytyków uważany był za człowieka o poglądach lewicowych, a nawet „lewackich”. Sam mówił o tym tak: „Wstyd przyznać, ale zdecydował o tym przypadek. Podczas okupacji chciałem wstąpić do (...) Szarych Szeregów, nie przyjęto mnie, ponieważ miałem drewniaki, a jak tłumaczył mi przywódca tamtejszej grupy, oni zwykli ćwiczyć się nocami w marszach. W drewniakach maszerować nie można. Z ukrycia obserwowałem ich marsze i czułem do nich niechęć. Dlatego tak łatwo przyjąłem hasła o równości społecznej, natychmiast wstąpiłem nie do harcerstwa, ale do ZMW.” (Zbigniew Nienacki Jestem twórcą odrzuconym, „Tygodnik Kulturalny” 1984 nr 34, s. 3).


Trochę się nie kleją te informacje ale dają pogląd, z kim mamy do czynienia.

Autorzy strony poświęconej Nienackiemu zablokowali także dostęp do niektórych artykułów, które wcześniej sami tam zamieścili. I to te artykuły są przyczyną mojej notki. Chodzi szczególnie o dwa, autorstwa Sławka Formelli, poświęcone Workowi Judaszów»Worek Judaszów« czyli „ubecka” powieść z kluczem i dziejom KWP — Dzieje KWP, a „Worek Judaszów”.

Autorzy strony poświęconej Nienackiemu zablokowali także dostęp do całego cyklu „raportów”, wspomnianego w życiorysie jako cykl reportaży, a pisanych przez ORMO-wca Nienackiego pod pseudonimem „Ewa Połaniecka” w Głosie Robotniczym, i zatytułowanych „Warszyc!”.
Odnalazłem je w archiwach stron internetowych i podaję linki. Na wszelki wypadek teksty te wkleiłem poniżej w całości. Namawiam do zapoznania się z nimi. Dopełnią obraz tego „wybitnego” pisarza dla młodzieży. Na czerwono, w kwadratowych nawiasach zachowałem podpisy do zdjęć, bo same zdjęcia, w tych archiwach, się nie zachowały. Prawdopodobnie działają także linki do poszczególnych części.


Spis treści:


Sławek Formella: »Worek Judaszów« czyli „ubecka” powieść z kluczem
https://web.archive.org/web/20090310113724/http://www.nienacki.art.pl/a_worek_judaszow_czyli_ubecka_powiesc_z_kluczem.html

Sławomir Formella: Dzieje KWP, a „Worek Judaszów”
http://web.archive.org/web/20090202115200/http://nienacki.art.pl/a_dzieje_kwp_a_worek_judaszow.html
I. / II. / III. / IV. / V. / VI. / VII.

Ewa Połaniecka: Cykl artykułów „Warszyc!”, cz. 1.
https://web.archive.org/web/20081229043321/http://www.nienacki.art.pl/a_warszyc.html
I / II / III / IV / V / VI / VII / VIII / IX / X / XI / XII

Ewa Połaniecka: Cykl artykułów „Warszyc!”, cz. 2. - „Akcja na Radomsko”
https://web.archive.org/web/20071018081101/http://nienacki.art.pl/a_warszyc_akcja_na_radomsko.html
I / II / III / IV / V / VI / VII

Ewa Połaniecka: Cykl artykułów „Warszyc!”, cz. 3. - „Klęska”
https://web.archive.org/web/20071022050034/http://nienacki.art.pl/a_warszyc_kleska.html
I / II / III / IV / V / VI / VII / VIII / IX / X / XI



=====================================================================
Sławek Formella: »Worek Judaszów« czyli „ubecka” powieść z kluczem
=====================================================================
https://web.archive.org/web/20090310113724/http://www.nienacki.art.pl/a_worek_judaszow_czyli_ubecka_powiesc_z_kluczem.html
=====================================================================

        Z twórczością Zbigniewa Nienackiego po raz pierwszy zetknąłem się jeszcze w okresie dzieciństwa i wczesnej młodości, kiedy to namiętnie zaczytywałem się w książkach tegoż autora o "Panu Samochodziku". Do książek tych wracałem zresztą niejednokrotnie również i w latach późniejszych. Nic więc dziwnego, że ujrzawszy na półkach jednej z gdańskich księgarń nowe wydanie napisanej przez tego pisarza powieści pt. "Worek Judaszów" nie zastanawiałem się zbyt długo i szybko podjąłem decyzję, aby zakupić tę pozycję. Zrobiłem to tym chętniej, że powieść ta, oparta zresztą na wydarzeniach autentycznych, jest stosunkowo rzadko spotykana na rynku. Książka ta należy też do mniej znanych dzieł Nienackiego, gdyż przez długi czas, ze względu na swą kontrowersyjną treść (i równie kontrowersyjnego głównego bohatera) znajdowała się na nieoficjalnym „indeksie”.
        "Worek Judaszów" w formie książki po raz pierwszy wydany został w 1961 r., jednak już w drugiej połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia tekst tejże powieści ukazywał się w odcinkach na łamach prasy. Akcja powieści oparta jest na autentycznych wydarzeniach, które miały miejsce w latach 1946-1947 (głównie jednak w 1946 r.). Chodzi tu o epizod z dziejów walk o „utrwalenie władzy ludowej” w Polsce. Tworząc fabułę swego utworu, autor oparł się w dużym stopniu na informacjach zawartych w dokumentach archiwalnych. W notce odautorskiej załączonej do tekstu powieści przeczytać możemy, że udzielono Nienackiemu „pozwolenia na wgląd do akt, sygnowanych kryptonimem "Kryształowe zwierciadło" i "Dunaj"”.

Tajemniczy jegomość w miasteczku „R.”

        W „telegraficznym skrócie” fabuła książki wygląda następująco: Jest rok 1946. W okolicach pewnego bliżej nie określonego prowincjonalnego miasteczka (występującego w tekście jako „R.”) działa „banda” "Rokity", czyli oddział zbrojnego podziemia antykomunistycznego. Kierowana przez "Rokitę" organizacja powstała jeszcze w okresie II wojny światowej. Jej założycielem i pierwszym komendantem był człowiek o pseudonimie "Perkun". Był to wiejski nauczyciel języka polskiego, który podczas wojny okrył się sławą jako dowódca partyzancki. Po zakończeniu II wojny światowej "Perkun" postanowił nadal pozostać w konspiracji i założył organizację, która występowała przeciwko nowym komunistycznym władzom Polski, a w szczególności przeciwko aparatowi bezpieczeństwa. Po aresztowaniu i rozstrzelaniu "Perkuna" władzę nad organizacją przejął "Rokita". Jednak pomimo wzmożonych wysiłków podejmowanych przez Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego (PUBP) w „R.”, "Rokita" i jego oddział przez cały czas pozostawali nieuchwytni.
        Tak właśnie przedstawiała się sytuacja, kiedy to na wiosnę 1946 r. rozeszła się po okolicach „R.” plotka o rzekomym odnalezieniu koło pobliskiego klasztoru spadochronu z angielskimi napisami. Mniej więcej w tym samym czasie pojawił się w miasteczku bardzo tajemniczy jegomość o imieniu Albert. To właśnie on jest głównym bohaterem powieści Nienackiego. Miał pieniądze, płacił dolarami. Podawał się przy tym za historyka poszukującego informacji na temat Johna Dee i Edwarda Kelleya, czyli żyjących w XVI wieku angielskich magów. Jednak już sam fakt pojawienia się Alberta w miasteczku w tym samym mniej więcej czasie, kiedy to pojawiły się informacje o rzekomym brytyjskim spadochronie, sprawił, że zaczęto łączyć obydwa wydarzenia w logiczny związek. Wyglądało więc na to, że to Albert może być tajemniczym skoczkiem angielskim, którego zrzucono w okolicach „R.”, co oczywiście nie mogło umknąć uwadze "Rokity". Później jednak sytuacja skomplikowała się nieco. Otóż okazało się, że rzekomy Anglik w rzeczywistości jest... majorem z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego!

Przyjaciel, czy perfidny prowokator?

        Po jakimś czasie pojawiła się jednak kolejna wersja odpowiedzi na pytanie „kim jest tajemniczy Albert?”. Otóż Albert, pozyskawszy zaufanie "Rokity", spotkał się z nim i podczas rozmowy dał mu do zrozumienia, że praca w MBP to dla Alberta jedynie przykrywka, natomiast jego rzeczywistym mocodawcą jest wywiad brytyjski, czyli "Intelligence Service". Tak się złożyło, że ówczesna sytuacja "Rokity" i jego oddziału była dość ciężka, gdyż aparat bezpieczeństwa oraz Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW) w coraz większym stopniu „zaciskały pętlę” wokół oddziałów leśnych podziemia. W związku z tym wydawało się, że spotkanie z agentem wywiadu brytyjskiego mogło przynieść "Rokicie" korzyści.
        Rzeczywiście, podczas spotkania Albert, zdając sobie sprawę z trudnej sytuacji "Rokity", złożył mu propozycję będącą „kołem ratunkowym” dla zagrożonego oddziału podziemia. Zobowiązał się on przetransportować "Rokitę" wraz z jego ludźmi na Lubelszczyznę, gdzie, w odróżnieniu od okolic „R.” panować miały warunki sprzyjające kontynuowaniu walki podziemnej. "Rokita", który czuł się coraz mniej bezpiecznie na „własnym” terenie, postanowił propozycję Alberta przyjąć.
        Wszystkie poczynania Alberta były oczywiście zwykłą prowokacją mającą na celu schwytanie i zaaresztowanie "Rokity" oraz likwidację jego oddziału zbrojnego. Albowiem w rzeczywistości główny bohater powieści Nienackiego nie był żadnym przedstawicielem wywiadu brytyjskiego, lecz faktycznie był majorem w MBP, gdzie funkcjonował pod kryptonimem "C 25".
        Po spotkaniu przywódcy podziemia z rzekomym Anglikiem wydarzenia potoczyły się już szybko. Albert, wykorzystując swoje uprawnienia, „zorganizował” ciężarówkę, którą miał rzekomo przetransportować "Rokitę" wraz z oddziałem na Lubelszczyznę. Ciężarówkę tę, oznaczoną znakiem Czerwonego Krzyża, prowadzić miał sam Albert. Przygotowując prowokację aparat bezpieczeństwa zadbał także o to, aby samochód, którym mieli być przewożeni "Rokita" i jego ludzie, nie był zatrzymywany przez napotykane po drodze posterunki. To ostatnie miało za zadanie uśpić czujność "Rokity" i jego żołnierzy, a także wzmocnić ich zaufanie do Alberta.
        Ostatecznie cała akcja zakończyła się sukcesem majora "C 25". Prowadzona przez Alberta ciężarówka przewożąca żołnierzy podziemia napotkała po drodze samochód osobowy, do którego na polecenie Alberta wsiadł "Rokita". Według informacji, jakich udzielił dowódcy oddziału podziemnego Albert, w samochodzie tym miało mieć miejsce spotkanie "Rokity" z brytyjskim agentem płk Johnsonem pracującym rzekomo (pod innym rzecz jasna nazwiskiem) w polskim Ministerstwie Obrony Narodowej. W rzeczywistości jednak z momentem zatrzaśnięcia się za "Rokitą" drzwiczek samochodu znalazł się on w rękach bezpieki. Wiązało się to także z rozdzieleniem dowódcy od jego żołnierzy, którzy przez cały czas przebywali pod „opieką” Alberta w ciężarówce ze znakami Czerwonego Krzyża. W finałowej scenie powieści przychodzi do Alberta zmiennik, który przejął prowadzenie samochodu z ludźmi "Rokity". Sam Albert natomiast, bardzo zmęczony swym wyczerpującym zadaniem, usiadł na skraju drogi, aby odpocząć. W tym samym czasie ciężarówka z żołnierzami "Rokity" zniknęła za horyzontem, natomiast wkrótce potem ukazały się na szosie samochody wypełnione wojskiem...

***

„Who is who”, czyli początek „śledztwa”

        "Worek Judaszów", jako, że jest powieścią „z kluczem”, zawiera zmienione nazwiska oraz pseudonimy prawdziwych osób będących pierwowzorami występujących w powieści postaci. W związku z tym niemal natychmiast po przeczytaniu tejże książki postanowiłem dowiedzieć się, jaki przebieg miały rzeczywiste wydarzenia, stanowiące podstawę fabuły powieści. A wiązało się z tym ustalenie miejsca akcji oraz prawdziwych nazwisk i pseudonimów opisanych w powieści osób.
        Pierwszym etapem moich poszukiwań była odpowiedź na pytanie jakież to tajemnicze miasteczko ukrywa się w książce pod nazwą „R.”. Okazało się, że nie było to zadanie zbyt trudne i w stosunkowo krótkim czasie dowiedziałem się, iż pierwowzorem „R.” było Radomsko. Następnym posunięciem było więc ustalenie, co takiego wydarzyło się w Radomsku i okolicach w 1946 r.
        Na wyniki poszukiwań i w tym wypadku nie trzeba było zbyt długo czekać. Okazało się, że w owym trudnym okresie następującym bezpośrednio po zakończeniu II wojny światowej działała na tym terenie organizacja znana pod nazwą Konspiracyjnego Wojska Polskiego (KWP). Od razu rzuciły mi się w oczy rozliczne podobieństwa między KWP, a występującą na kartach powieści Nienackiego organizacją "Rokity". Podobieństwa te dotyczyły między innymi nazewnictwa pewnych elementów struktury organizacyjnej obu formacji (np. tzw. Kierownictwo Walki z Bezprawiem, które występowało zarówno w KWP jak i w powieściowej organizacji "Rokity"). Również opisany w książce napad oddziału "Rokity" na „R.” budził skojarzenia z akcją na Radomsko, którą przeprowadziło KWP w nocy z 19 na 20 kwietnia 1946 r. Oprócz tego stwierdziłem, że założyciel i pierwszy komendant KWP Stanisław Sojczyński "Warszyc" był pierwowzorem postaci powieściowego "Perkuna". Obu panów łączyły dość podobne losy oraz fakt, że obaj byli pochodzenia chłopskiego i wykonywali zawód nauczyciela języka polskiego.
        Wkrótce jednak okazało się, że dotychczasowa kwerenda (głównie po zasobie internetowym łódzkiego oddziału IPN) nie umożliwi znalezienia odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie pytania. A chodziło tu przede wszystkim o ustalenie tożsamości "Rokity" i Alberta. Na podstawie dostępnych mi wówczas (czyli wczesną wiosną 2005 r.) materiałów nie byłem w stanie stwierdzić, który z dość licznej rzeszy dowódców oddziałów leśnych KWP mógł być pierwowzorem "Rokity". Miałem co prawda już wtedy pewne podejrzenia, że mogła być to postać Henryka Glapińskiego "Klingi", gdyż wpadł on w ręce UB w drodze prowokacji (a więc tak samo jak "Rokita"), lecz brakowało mi jeszcze „kropki nad i”, a co za tym idzie, także i pewności, że to tą właśnie prowokacją inspirował się Nienacki przy pisaniu swojej powieści.

O reportażach pewnej „pani”, która okazała się... panem

        W sukurs przyszedł mi wówczas tekst Tadeusza Gierymskiego o Zbigniewie Nienackim pt. "Władca masowej wyobraźni" opublikowany w piśmie "Aleje 3, Kwartalnik Kulturalny Częstochowy". Otóż w tekście tym znalazłem informację, że autor "Worka Judaszów", będący w latach pięćdziesiątych dziennikarzem łódzkiego "Głosu Robotniczego" (w tekście mylnie: "Gazeta Robotnicza"), często wyjeżdżał samochodem redakcyjnym „w teren”, gdzie przeprowadzał wywiady z mieszkańcami wsi, zbierając informacje na temat oddziałów podziemia antykomunistycznego, które występowało przeciwko wprowadzeniu w Polsce „władzy ludowej”. Wynikiem tychże eskapad były artykuły, w których, według Gierymskiego, Nienacki określał żołnierzy podziemia jako bandytów.
        Aby odnaleźć owe artykuły udałem się pod koniec maja 2005 roku do Łodzi, gdzie rzeczywiście udało mi się na te teksty natrafić. Zostały one opublikowane w 1957 roku na łamach "Głosu Robotniczego", czyli tej gazety, w której pracował wówczas Nienacki. Warto wspomnieć w tym miejscu, że "Głos Robotniczy" był organem prasowym Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Łodzi, co oczywiście nie mogło pozostać bez wpływu na treść zawartych w nim artykułów. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy przeglądając owe teksty, to fakt, że podpisał się pod nimi nie Zbigniew Nienacki (ani Nowicki, jak brzmiało faktyczne nazwisko pisarza), lecz niejaka "Ewa Połaniecka". Jak się jednak wkrótce okazało, pod pseudonimem tym krył się właśnie autor przygód "Pana Samochodzika" oraz "Worka Judaszów". Twierdzi tak Tomasz Lenczewski, badacz dziejów KWP, który na początku lat 90-tych ubiegłego stulecia wymienił listy ze Zbigniewem Nienackim. Według Lenczewskiego Nienacki w swojej korespondencji sam przyznał się do tego, że był "Ewą Połaniecką", w związku z czym nie ma już dziś najmniejszych wątpliwości co do tożsamości tej „pani”.
        Artykuły "Ewy Połanieckiej", czyli Zbigniewa Nienackiego zamieszczone w "Głosie Robotniczym" składały się na dość duży cykl reportaży, przedstawiający w sensacyjnej formie właśnie dzieje KWP oraz jego założyciela, czyli Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca". Cały cykl opatrzony był tytułem Warszyc! i dzielił się na trzy części. Każda z tych części składała się z opatrzonych własnymi tytułami rozdziałów. Ogółem więc cały cykl pt. Warszyc! składał się z 32 artykułów opublikowanych w 25 numerach "Głosu Robotniczego". Reportaże te powstały na podstawie materiałów archiwalnych, które udostępniło "Ewie Połanieckiej" Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Jak wiemy, akta te posłużyły Nienackiemu nie tylko do napisania cyklu reportaży lecz również do stworzenia zrębów fabuły powieści "Worek Judaszów". Wygląda więc na to, że pisząc (na podstawie udostępnianych akt) swoje artykuły prasowe, natknął się Nienacki na ciekawy ze swojego punktu widzenia temat i niejako „piekąc dwie pieczenie na jednym ogniu” wykorzystał go i rozwinął także jako literat.
        Tak się jednak składa, że bezpieka nie udostępniała akt bezinteresownie. To oraz fakt publikacji reportaży w PZPR-owskiej gazecie miało przemożny wpływ na zawartość tekstów z cyklu Warszyc!. Generalnie rzecz ujmując były to teksty tendencyjne. Potwierdziło się to, o czym wspominał T. Gierymski. Zbigniew Nienacki, czyli "Ewa Połaniecka", określał żołnierzy KWP mianem bandytów. Utożsamiał się natomiast z funkcjonariuszami komunistycznego aparatu bezpieczeństwa, których uważał za „swoich”. Była to jednostronna i całkowicie podporządkowana „linii” PZPR wizja walki „władzy ludowej” z „reakcyjnym” podziemiem działającym na terenie województwa łódzkiego. Po latach skruszony Zbigniew Nienacki wyznawał, że materiały archiwalne, na podstawie których pisał, były mu wydzielane przez bezpiekę.
        Tak czy inaczej jednak wyjazd do Łodzi opłacił mi się, gdyż zgodnie z tym, czego oczekiwałem, udało mi się znaleźć w artykułach "Połanieckiej" pierwowzory wydarzeń i osób opisanych w "Worku Judaszów". Wiadomości zawarte w reportażach skonfrontowałem również z informacjami na temat likwidacji KWP, jakie udało mi się uzyskać w publikacjach IPN.
        Kim więc byli "Rokita" i Albert? Jak wyglądała operacja, którą zainspirował się Nienacki pisząc swoją powieść?

"Z 24" donosi, czyli historia pewnej prowokacji

        Z informacji, które udało mi się zdobyć, wynika, że pierwowzorem "Rokity", zgodnie z moimi wcześniejszymi podejrzeniami, była przede wszystkim (choć nie tylko) osoba kpt. Henryka Glapińskiego "Klingi". Co się zaś tyczy Alberta, czyli powieściowego majora "C 25" z MBP, to wiadomo, że pierwowzorem tej postaci był nieznany nam do niedawna z imienia i nazwiska agent ukrywający się pod pseudonimami "Z 24" oraz "Siwiński". Pracował on dla Wydziału II Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego. W drugiej połowie 1946 r. zasłużył on się władzy ludowej doprowadzając do ujęcia dość wielu dowódców oddziałów leśnych KWP. Tak się składa, że do grona ludzi pojmanych „za sprawą” agenta "Z 24" (lub "Siwińskiego") należał także Henryk Glapiński "Klinga".
        Jak do tego doszło? Otóż pod koniec czerwca 1946 r. wpadł w ręce bezpieki założyciel i pierwszy dowódca KWP Stanisław Sojczyński "Warszyc" oraz jego sztab. Doprowadziło to do poważnego osłabienia organizacji, lecz nie położyło kresu jej istnieniu. Nadal działało (głównie w okolicach Radomska i Piotrkowa Trybunalskiego) wiele oddziałów KWP a wśród nich także oddział "Klingi". Aby zlikwidować owe oddziały, bezpieka postanowiła rozpracować je przy użyciu agentury. Cel ów zaś zrealizować miał właśnie "Z 24", czyli "Siwiński". Podobnie jak powieściowy Albert, również "Siwiński" w celu wykonania swojej misji posłużył się metodą prowokacji. Udało mu się nawiązać kontakt z oddziałami podziemia, wobec których występował jako łącznik od gen. Andersa (a nawet jako potencjalny następca "Warszyca"), a więc osoba, wydawałoby się, godna zaufania.
        Ogólnie rzecz biorąc opisana przez Nienackiego w "Worku Judaszów" operacja powstała w wyobraźni autora w wyniku skompilowania dwóch rzeczywistych akcji aparatu bezpieczeństwa. Obie miały miejsce w 1946 r. i w obu „maczał palce” agent "Z 24", czyli "Siwiński".
        Jedną z tychże akcji było pojmanie Henryka Glapińskiego "Klingi". Według "Ewy Połanieckiej" wyglądało to tak, że "Z 24" poinformował "Klingę", jakoby w Warszawie miała odbyć się narada dowódców oddziałów leśnych. Glapiński, uwierzywszy "Siwińskiemu", dał się zawieźć do Warszawy na rzekomą naradę. Samochód, którym jechał "Klinga" oraz dwaj jego adiutanci, prowadził osobiście agent "Z 24". Przygotowując operację postarano się o to, aby samochód ten nie został po drodze zatrzymany przez jakikolwiek posterunek, co miało wzmocnić zaufanie "Klingi" do "Siwińskiego". Wkrótce jednak okazało się, że narada, o której mówił "Siwiński", nie miała w ogóle miejsca, natomiast "Klinga" oraz jego adiutanci zostali po przyjeździe do Warszawy aresztowani.
        Drugą akcją, która dostarczyła Nienackiemu inspiracji przy tworzeniu fabuły powieści "Worek Judaszów", było pojmanie działającej koło Radomska „bandy” "Jura" (NN). Otóż "Z 24" wszedłszy w kontakt z "Jurem" zaproponował mu, że przewiezie go wraz z oddziałem na... Lubelszczyznę, gdzie rzekomo działać miał kontynuujący swą walkę "Klinga". "Jur" na nieszczęście dla siebie i swoich ludzi propozycję "Siwińskiego" przyjął. Oddział "Jura" załadowany został na ciężarówkę, na którą zastawiono zasadzkę. Wg "Ewy Połanieckiej" na szosie pod Garwolinem, w miejscu, gdzie teren wznosi się po obydwu stronach drogi, tworząc jakby nasyp - czekała na samochód z "Jurem" i "Anglikiem" (czyli agentem "Z 24", "Siwińskim") skrupulatnie przygotowana zasadzka. Jej znak orientacyjny stanowił spory krzak przy drodze. Po prawej stronie stały w kierunku jazdy 4 RKM oraz kilkunastu żołnierzy w pewnych odstępach. Naprzeciwko - w niewielkim oddaleniu - 2 RKM i kilku żołnierzy z automatami. Zgodnie z planem samochód prowadzony przez "Anglika" zatrzymał przy wspomnianym już krzaku, po czym "Z 24" wraz z kierowcą samochodu szybko wyskoczyli z szoferki i schronili się w przydrożnym rowie. Zaraz potem w kierunku znajdujących się na szczelnie zakrytej plandeką przyczepie żołnierzy "Jura" otwarty został silny ogień z ciężkiej broni maszynowej. Ludzie "Jura" nie mieli szans na opuszczenie samochodu, w związku z czym "Siwiński" mógł po akcji napisać w swym meldunku: z auta nikt nie wyszedł, wszyscy zostali zlikwidowani. J. Bednarek nazwał tę akcję egzekucją wykonaną bez wyroku i z premedytacją na żołnierzach KWP.
        Opisy obu akcji zawarte są w reportażach "Ewy Połanieckiej" opublikowanych w "Głosie Robotniczym". Interesująco wygląda porównanie treści tychże reportaży z fabułą "Worka Judaszów". Wynika z niego jednoznacznie, że opisana przez Nienackiego akcja Alberta, czyli transport "Rokity" i jego oddziału na Lubelszczyznę, powstała w wyobraźni autora w wyniku skompilowania obu opisanych wyżej akcji. Jako pierwowzór przewożonego ciężarówką oddziału leśnego "Rokity" jawi się nam w tej sytuacji oddział "Jura". Z kolei, jeśli chodzi o samego "Rokitę", to pomysł, aby zawieźć go na rzekome spotkanie z pułkownikiem Johnsonem, zainspirowany był prowokacją, której ofiarą padł "Klinga".

Akcja "Brutus"

        Jednak powieść "Worka Judaszów" to nie jedyne dzieło artystyczne, w którym śledzić możemy losy bohaterów tychże wydarzeń. W 1970 r. Jerzy Passendorfer nakręcił na podstawie powieści Nienackiego film zatytułowany Akcja "Brutus". Scenariusz do niego napisał sam Zbigniew Nienacki. Film jest barwny, natomiast jego premiera miała miejsce w roku 1971. Pomimo wielu drobnych zmian fabuła filmu w ogólnych zarysach pokrywa się z tym, co zawarte jest w powieści. W roli przywódcy bandy, czyli "Boruty", gdyż tak na potrzeby filmu „przechrzczony” został "Rokita", wystąpił Witold Pyrkosz, natomiast w postać Alberta wcielił się Zygmunt Hübner. Warto zaznaczyć, że filmowy Albert „otrzymał” od twórców Akcji "Brutus" nazwisko Niwiński, będące zresztą podobne do pseudonimu prawdziwego agenta będącego pierwowzorem tejże postaci.
        Skąd wziął się jednak tytułowy "Brutus"? Otóż pod pseudonimem tym krył się zastępca szefa PUBP Krysiak (w roli tej wystąpił Marian Kociniak), który był tajnym współpracownikiem "Boruty" i przez którego „krecią robotę” niepowodzeniem kończyło się wiele akcji bezpieki wymierzonych w „bandy”. Postać ta nawiasem mówiąc występuje również w powieści Nienackiego (pod nazwiskiem Krychniak), pełni w UB tę samą funkcję, co w filmie i też skrycie współpracuje z podziemiem, choć w powieści nie występuje pod pseudonimem "Brutus". Człowiek ten (zarówno w powieści, jak i w filmie) przyczynia się do śmierci funkcjonariusza UB, bliskiego współpracownika Alberta, po czym zostaje przez tegoż Alberta zdemaskowany i zlikwidowany. Nie wiem, czy kreując tę postać Zbigniew Nienacki wykorzystał jako pierwowzór jakąś konkretną osobę. W każdym bądź razie sytuacje tego typu były wówczas dość częste, gdyż w wielu Urzędach Bezpieczeństwa pracowali zakonspirowani współpracownicy podziemia. Tak samo było również w PUBP w Radomsku. Do dziś przetrwał na przykład plan budynku tamtejszego PUBP, sporządzony dla KWP przez pracownika tegoż urzędu i skrycie współdziałającego z podziemiem niejakiego Burnata "Rybę".

Kim był Albert?

        Co się tyczy tożsamości agenta "Z 24", "Siwińskiego", to, jak już wspomniałem, aż do niedawna nie była ona nam znana. Dopiero niedawno, dzięki badaniom Jerzego Bednarka, udało się ją ustalić. Kim jest więc pierwowzór powieściowego Alberta?...
        W latach 90-tych ubiegłego stulecia kwestią tożsamości agenta "Z 24" zajął się Roman Peska. Jednak jego starania zmierzające do jej ustalenia skończyły się niepowodzeniem. Już wtedy jednak wiadomo było, że "Z 24" był agentem o trzech twarzach: funkcjonariusza WUBP w Łodzi, wywiadu gen. Andersa i następcy aresztowanego "Warszyca". Tak naprawdę, jego rzeczywistą twarzą była służba w Informacji Wojskowej. Nieznana była wówczas nie tylko tożsamość tego człowieka, ale również jego faktyczne losy, wokół których narosło dużo legend. Oto, co pisał o tym Roman Peska: Nie są znane rzeczywiste dalsze losy "Z 24". Znane są za to legendy! Pierwsza z nich mówi, że "Z 24" zginął w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego w wyniku wybuchu bomby w jego samochodzie, podłożonej przez ludzi podziemia? Druga zaś, że został zastrzelony przez spiskowców-podchorążych szkoły lotniczej w Dęblinie. Tyle mówią legendy. Usiłowania autora wyjaśnienia tych spraw - za pośrednictwem ludzi, którzy współpracowali bądź „współżyli na bliskiej stopie” z "Z 24" nie dały w pełni oczekiwanych rezultatów. Milczenie... milczenie zasłania pełną prawdę...? Może tak będzie lepiej...?
        Jednak okazało się, że w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej zachowały się po dziś dzień niedostępne przez bardzo długi czas akta dotyczące interesującej nas postaci. Jak już wspomniałem dotarł do nich Jerzy Bednarek i... nieuchwytny przez lata agent "Z 24" przestał być osobą anonimową...
        Dziś już wiemy, że człowiek ten nazywał się Zygmunt Lercel. Był synem Mieczysława oraz Genowefy z domu Siwińskiej, co wyjaśnia genezę pochodzenia jednego z jego pseudonimów. Krótkie przedstawienie biografii "Siwińskiego" zawarł w swoim tekście J. Bednarek dlatego tu ograniczę się jedynie do najważniejszych rzeczy. Wzięty do niewoli podczas kampanii wrześniowej Lercel, został szybko zwolniony i aż do wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkał w Warszawie i utrzymywał się z handlu. Podobno zaangażował się w działalność konspiracyjną. Miał być m.in. związany z wywiadem AK a nawet współpracować z wywiadem angielskim. W początkach września 1944 r. zatrudnił się jako praktykant w niemieckiej Policji Kryminalnej (Kripo), w której pracę uzasadniał później rozkazami, jakie otrzymał od swych konspiracyjnych przełożonych. Po wyzwoleniu zbiegł z Kripo i przeniósł się do Łodzi, gdzie znów utrzymywał się z handlu. W maju 1945 r. zdołał przedostać się przez „zieloną granicę” na Zachód, by w końcu trafić do Polskich Sił Zbrojnych we Włoszech. Zbiegł z Polski najprawdopodobniej dlatego, że obawiał się represji za współpracę z Niemcami podczas okupacji. Jednak i we Włoszech nie zagrzał zbyt długo miejsca i pod koniec 1945 r. po powrocie do Polski podpisał zobowiązanie do współpracy z Informacją Wojskową, która trwała aż do 1948 r., kiedy to... został aresztowany przez swoich dotychczasowych mocodawców.
        W powieści "Worek Judaszów" Nienacki ukazał swojego bohatera jako człowieka z krwi i kości, odczuwającego lęk, zwątpienie, ale jednocześnie sprytnego i energicznego. Z tego, co mówił Albert Jarudze, zdaje się wynikać, że był on ideowym komunistą, który przed wojną zabił prowokatora na polach za fabryką Bühlego, ale który jednak pomimo to nadal wzdryga się na myśl, że mogą być sytuacje, gdy człowiek może zabić człowieka. A oprócz tego interesuje się historią.
        A jak scharakteryzowała "Z 24" ("Anglika") w swoich artykułach "Ewa Połaniecka"? Otóż w jednym z swoich tekstów pisze „ona”, jakim wymaganiom musiał sprostać ów człowiek. Przede wszystkim musiał być to jednak człowiek odznaczający się oprócz odwagi i gotowości oddania życia jeszcze kilkunastu nieprzeciętnymi cechami. Opanowanie, spryt, odpowiednie warunki zewnętrzne, znajomość pewnych języków w stopniu wprost doskonałym, posiadanie prawa jazdy - oto zaledwie kilka z warunków jakich wymagano od owego człowieka. Jednak to laurjeszcze nie koniec „laurki”, jaką wystawił Nienacki "Z 24". W innym miejscu możemy się dowiedzieć, że naprawdę podziwiać trzeba niezwykłą odwagę tego człowieka, który będąc oficerem naszych organów bezpieczeństwa i nie mając, rzecz prosta, nic wspólnego z wywiadem angielskim - szedł bez mrugnięcia okiem w sam gąszcz oddziałów "Warszyca". Zgubić go mogło każde nierozważne słowo, czyjaś informacja lub po prostu czyjeś podejrzenie. Był to bowiem okres, gdy w oddziałach "Warszyca" panowały popłoch i histeria. Jedno podejrzenie wystarczyło, aby cieszący się do tej pory pełnym zaufaniem bandyta dostał kulę w łeb od przerażonych współtowarzyszy.
        I co się teraz okazało?... Mianowicie to, że tym wychwalanym pod niebiosa bohaterem był człowiek, który pod zarzutem współpracy z okupantem (do której zresztą... przyznał się jeszcze przed rozpoczęciem współpracy z GZI) i nielegalnego przechowywania broni został w 1950 r. skazany na śmierć i rozstrzelany. Co więcej i co zakrawa już na „chichot historii” Zygmunt Lercel, czyli gorliwy „utrwalacz” władzy ludowej i pierwowzór godnego podziwu bohatera opisywanego przez Nienackiego, uznany został przez sąd za jednostkę wybitnie aspołeczną, pozbawioną wszelkich skrupułów i hamulców moralnych a nawet... wrogo nastawioną dla Polski Ludowej.

Źli bandyci kontra dobrzy ubowcy

        Jednym z aspektów, na jakie należy zwrócić uwagę analizując takie materiały jak powieść "Worek Judaszów"reportaże "Ewy Połanieckiej" czy film "Akcja Brutus", jest ogólny obraz podziemia antykomunistycznego, jaki się z nich wyłania oraz rola takich dzieł w kreowaniu i utrwalaniu „czarnej legendy” podziemia antykomunistycznego. Warto więc w tym miejscu przyjrzeć się tej sprawie nieco bliżej.
        W obrazie podziemia niepodległościowego zawartym w wymienionych wyżej pozycjach na plan pierwszy wysunięta została jego działalność terrorystyczno-rabunkowa. Występujący w powieści "Worek Judaszów" oddział "Rokity" przede wszystkim napada na pociągi i obrabowuje je, morduje czerwonoarmistów, zabija inżynierów, którzy przyjechali obejrzeć teren pod budowę przyszłej fabryki, a także feruje wyroki śmierci i morduje przedstawicieli nowej władzy i osoby ją popierające (nawet nie będące komunistami). Z kolei w reportażach "Ewy Połanieckiej" aż roi się od wstrząsających opisów zbrodni dokonywanych przez „bandytów” z podziemia, którzy niejednokrotnie załatwiali w ten haniebny sposób własne prywatne porachunki. Ciekawie również wygląda ukazanie sytuacji finansowej ówczesnej bezpieki w porównaniu z „uposażeniami” ludzi z oddziałów "Warszyca". Oto, co pisze na ten temat "Ewa Połaniecka": Jeśli zestawić „pensje”, jaką za swoją działalność otrzymali ludzie "Warszyca" z zarobkami naszych ludzi - aparatu bezpieczeństwa, oficerów KBW, widzi się ogromną różnicę. Nasi ludzie otrzymywali od państwa niewielkie sumy, w owym czasie w wojsku bywało czasem głodno i chłodno, pensje pracowników bezpieczeństwa były śmiesznie niskie. Tymczasem "Warszyc" płacił swym ludziom bardzo dobrze. Istnieją dokładne zestawienia jego finansów: „etat” u "Warszyca" wynosił 3500 zł miesięcznie (1945 r.) plus strawne 200 zł dziennie, plus premie, zapomogi dla rodziny, dodatki w artykułach żywnościowych, ubraniu i obuwiu, z podziału łupów zdobytych w napadach rabunkowych.
        Lecz ludziom "Warszyca" ciągle było mało, choć „dorabiali” na boku dokonując rabunków. Tymi zdobyczami nie dzielili się jednak z wyższym dowództwem i to było przyczyną konfliktów. Dowództwo to powołując się na „ideały”, na „całość organizacji” domagało się udziału w zrabowanych dobrach, tymczasem oddziały wolały dzielić... ale między siebie.
        Rzeczywiście. Sytuacja materialna pracowników resortu bezpieczeństwa publicznego nie była w tym czasie dobra. Ale "Ewa Połaniecka" „zapomniała” dodać, że poczucie niedosytu i „dorabianie na boku” nie było monopolem tylko i wyłącznie ludzi z przeciwnej strony barykady. Również i pracownicy resortu bezpieczeństwa byli na swój sposób „przedsiębiorczy” i byli w stanie zapewnić sobie nielegalne źródła zysków. Ale o tym, jak już wspomniałem "Ewa Połaniecka" nie pisała.
        Czytając powyższy fragment reportażu pani "Połanieckiej" rzuca się w oczy jeszcze jedna rzecz. Mianowicie tylko aparat bezpieczeństwa i KBW określone są tam mianem „naszych ludzi” widać więc wyraźnie, z którą stroną konfliktu utożsamiał się autor artykułu.
        Generalnie rzecz ujmując reportaże z cyklu Warszyc! pomimo deklarowanego we wstępie do tejże serii obiektywizmu opisywaną przez siebie rzeczywistość ukazują jednostronnie. Jaki generalny obraz podziemia wyłania się z nich, już wspominałem. Warto jednak zacytować coś, co ukazuje stosunek autora "Worka Judaszów" do bezpieki i innych filarów „ludowej” władzy oraz roli odegranej przez nie w opisywanych przez siebie wydarzeniach. Na przykład w jednym z artykułów poświęconych "akcji na Radomsko" z nocy z 19 na 20 kwietnia 1946 r. "Ewa Połaniecka" pisze: Przypomnijmy tę ciężką noc tym wszystkim szczególnie spośród naszej młodzieży, którym wydaje się, że ustrój nasz został nam „dany”. Nie, on został wywalczony, w walce o niego, w krwawym i ciężkim boju zginęło śmiercią walecznych tysiące bohaterów, funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, żołnierzy KBW, pracowników MO i członków partii. Ustrój nasz jest okupiony krwią najlepszych synów proletariatu, którzy bronili go przed kontrrewolucją i poważnymi siłami reakcji, reprezentowanej w naszym województwie m. in. i przez "Warszyca".
        Nieco dalej przeczytać możemy: ...A warto chyba te wszystkie fakty przypomnieć tym, którzy głoszą, że reakcja w Polsce była tylko czyimś „wymysłem”. Warto przypomnieć tym, którzy chcą głosić, że skoro stwierdzamy wypaczenia i błędy w pracy naszego aparatu bezpieczeństwa - to aparat ten nie ma w ogóle żadnych zasług. Tymczasem choćby przykład walki z "Warszycem" dowodzi niezbicie, jak wielkie były jego zasługi, że gdyby nie tysiące tych bohaterskich ludzi, życie w Polsce jeszcze długo byłoby widownią bestialskich mordów i zabójstw ze strony reakcyjnych band i podziemia. Z ostatniego fragmentu jednoznacznie wynika, że jednym z celów przyświecających autorowi publikacji oraz jego mocodawcom było także uwypuklenie pozytywnej roli i zasług aparatu bezpieczeństwa w dziele walki z „bandami”. Warto zresztą zwrócić w tym miejscu uwagę na dość ciekawą rzecz, która, jak podejrzewam, nie może być jedynie zbiegiem okoliczności. Chodzi mianowicie o to, że teksty "Ewy Połanieckiej" opublikowane zostały w 1957 roku, czyli wkrótce po przełomie października 1956 r. i po poprzedzającej go „odwilży”, kiedy to wyszły na jaw liczne „błędy i wypaczenia” w funkcjonowaniu m. in. aparatu bezpieczeństwa. Wygląda na to, że bezpieka, której „dobre imię” w połowie lat 50-tych narażone zostało na szwank, postanowiła bronić się i przy okazji zakomunikować społeczeństwu: „tak, nie byliśmy wolni od wad, ale mieliśmy też zasługi, dzięki którym żyjecie dziś w spokoju”.

Czy "Warszyc" ("Perkun") był bandytą?

        Skoro jednak tak bardzo cenimy sobie obiektywizm, to zwróćmy też uwagę na te (niestety, stosunkowo nieliczne) fragmenty, które mogą świadczyć o pewnych próbach jego zachowania przez Zbigniewa Nienackiego. Przede wszystkim w ostatnim tekście wchodzącym w skład pierwszej części artykułów o "Warszycu", "Połaniecka" pisze: Nie jest prawdą, że "Warszyc" był bezideowym bandytą. "Warszyc" miał ideologię. Ideologia ta wyraźnie uwidoczniona jest w jego rozkazach wydawanych do podkomendnych. "Warszyc" nie był bandytą. Owszem, w jego oddziałach było wielu bandytów - do jego oddziałów szli najróżniejsi ludzie, którzy mieli różne cele i różnie działali. Ten różny element, z jakiego składało się „warszycowe” podziemie, element bardzo często bezideowy albo i skrajnie faszystowski - sprawił, że w dalszej swej działalności niektóre z oddziałów "Warszyca" (szczególnie po jego aresztowaniu) poszły na bandytyzm.
        Wspominany zarówno w powieści Nienackiego, jak również i w nakręconym na jej podstawie filmie Akcja "Brutus" "Perkun" (w filmie postać ta nosi nazwisko Strugarek), ukazany jest tam nie tylko jako dowódca podziemia, ale również jako ciekawy człowiek, dobry polonista, który przed wojną organizował oświatę w zapadłych wioskach. Według jednego z bohaterów Akcji "Brutus", dyrektora gimnazjum profesora Ramuza, to właśnie Strugarek, czyli "Perkun", a nie Ramuz, powinien objąć stanowisko dyrektora gimnazjum w miasteczku. Oprócz tego i na kartach powieści, i na filmie widoczne jest nieco jednak przychylniejsze ukazanie postaci "Perkuna" niż ukazanego już w o wiele gorszym świetle "Rokity". "Perkun" w odróżnieniu od "Rokity" jawi się nam jako osoba, która co prawda nie miała racji, ale która walczyła jednak o jakąś ideę, natomiast "Rokita" to już zwykły krwawy watażka, szaleniec i dureń. Widzimy więc, że Zbigniew Nienacki w swoich dziełach, pomimo generalnie negatywnej oceny roli podziemia w najnowszych dziejach Polski, mógł sobie pozwolić na pewne rozróżnienie opisanych przez siebie przywódców podziemia na bardziej „ideowego” "Perkuna" i bardziej „bandyckiego” "Rokitę". Zresztą dość ciekawą wzmiankę na temat stosunku "Ewy Połanieckiej" do osoby "Warszyca" znaleźć można w jednym z jej cytowanych już artykułów. Pisze „ona”: Współczesna i ta dawna historia uczy nas ciągle, że naszemu narodowi potrzebna jest przede wszystkim rozwaga, poczucie realizmu, liczenie się z faktami. Tymczasem "Warszycowi" brakowało poczucia realizmu. Dlatego ten człowiek, który z pewnością stanowił bardzo ciekawą sylwetkę psychologiczną i dużą indywidualność i mógł stać się dla ojczyzny bardzo wartościowym - został rozstrzelany w 1947 roku, został słusznie rozstrzelany za czyny, które rzeczywiście popełnił.

Patrioci drugiej kategorii?

        Ciekawą sprawą, którą należałoby poruszyć w tym miejscu, jest również bez wątpienia stosunek do Armii Krajowej. Mam tu na myśli stosunek do AK samego autora, jak też stworzonych przez niego bohaterów.
        Generalnie rzecz ujmując nazwa AK nie pojawia się w powieści "Worek Judaszów" zbyt często. Pojawia się ona podczas sceny rozgrywającej się w siedzibie PUBP w „R.”, kiedy to tamtejszy komendant MO "Sowa", znający się z szefem UB jeszcze z partyzantki, wyraża swoje niezadowolenie ze stosunku władz do AK-owców. Skierował wówczas do sekretarza PPR i szefa PUBP takie oto słowa: „Dlaczego aresztowaliście Mroczkowskiego i Pszczółkowskiego? Bo byli w AK. No to byli, i co? Ujawnili się, partia ich do tego zachęciła, rozgrzeszyła. Mieliśmy nie przypominać im win. U kogo trzech ruskich partyzantów się ukrywało? U Pszczółkowskiego! A nasze ranne chłopaki u kogo znaleźli dom? U Mroczkowskiego. Takich spraw się nie zapomina. Dlaczego ich aresztowaliście?” Zagroził też ucieczką „do lasu”, choć, jak deklarował, nie miał zamiaru przyłączać się do "Rokity", gdyż stać go na własny, komunistyczny oddział partyzancki. W odpowiedzi na to usłyszał od szefa PUBP Jarugi: „Komendantem oczywiście nie powinieneś być. Dureń jesteś, za głupi na takie stanowisko. Boli cię serce o tych AK-owców? O to nie mam pretensji. Komunistę musi boleć serce o każdego człowieka. Ale oni zaczęli jakąś krecią robotę. Musisz mi wierzyć.” Z powieści nie wynika, czy dawni AK-owcy, czyli Mroczkowski i Pszczółkowski rzeczywiście „zaczęli jakąś krecią robotę”, czy też tak się tylko wydawało szefowi UB. W każdym razie w powieści Nienackiego nawet przychylnie względem AK-owców usposobiony komunista, oprócz zasług (polegających na współpracy z partyzantką AL-owską i radziecką), dostrzega również ich rzekome winy, które jednak partia raczyła rozgrzeszyć. Nie łączy się to więc z należytym uznaniem dla wkładu żołnierzy AK w walkę z okupantem, ale i tak stanowić może pewien krok naprzód w porównaniu do najbardziej nieprzejednanych wrogów AK, których nie brakowało wśród komunistów.
        Podobny do "Sowy" stosunek do AK zdaje się mieć również sam Zbigniew Nienacki. W jednym z artykułów o "Warszycu" jako "Ewa Połaniecka" napisał on następujące słowa: Jest chyba prawdą - myślę, że można to dziś otwarcie stwierdzić - że na takim a nie innym postępowaniu "Warszyca" zaważyło w pewnej mierze to niesłuszne potępienie w czambuł wszystkich AK-owców, a często gęsto aresztowanie ich bez konkretnej winy. Reakcją tych ludzi było poczucie niesprawiedliwości, krzywdy, a w konsekwencji często ucieczka do lasu, znowu do podziemia, gdzie w tyglu bratobójczej walki paczyły się charaktery i następowała zbrodnia. Z kolei faktem jest, że dziesiątki razy proponowano "Warszycowi" i jego oddziałom ujawnienie się i - pod warunkiem zaprzestania walki - wymazanie ich przestępstw. "Warszyc" nigdy nie chciał skorzystać z szansy, jaką mu dawała władza ludowa. Przeciwnie, w miarę upływu czasu stosował coraz silniejszy terror, drogę swoją znaczył coraz większą ilością przelanej krwi. Im bardziej go osaczano, im bardziej odbierano mu pozycję za pozycją - tym bardziej uciekał się do coraz drastyczniejszych środków.
        Generalnie rzecz ujmując i w "Worku Judaszów" i w Akcji "Brutus" znaleźć możemy wzmianki o tym, że i „po drugiej stronie”, czyli również w szeregach podziemia znajdują się ludzie wartościowi i uczciwi. Nie znaczy to jednak że walczyli o słuszną sprawę. Po prostu wplątali się w coś i teraz nie wiedzą, jak się z tego „bagna” wydostać. Mamy tu więc do czynienia z jednej strony z negatywną oceną podziemia jako ruchu, z drugiej strony z chęcią „zrehabilitowania” niektórych jednostek ludzkich, które wiedzione źle pojmowanym, ale jednak patriotyzmem, „wplątały się” w powojenną działalność podziemną. To, oraz przyznanie, iż to właśnie niesłuszne i bezzasadne aresztowania i wywołane nimi poczucie krzywdy i niesprawiedliwości również popychały ludzi do lasu, było oczywiście pewnym krokiem naprzód w porównaniu z okresem stalinowskim i było następstwem mającej miejsce po nim „odwilży”. "Ewa Połaniecka" pisała również, że po obydwu stronach (czyli i po stronie podziemia, i po stronie władzy „ludowej”) gęsto ginęli ludzie, obdarzeni wielkimi uczuciami patriotycznymi. Ludzie, którzy gdyby nie ta bratobójcza walka - mogliby przynieść ojczyźnie korzyści. Zaraz potem dodała jednak: Oczywiście, patriotyzmu niektórych ludzi "Warszyca" i patriotyzmu naszych ludzi nie można mierzyć jedną miarą. Zatrzymajmy się na chwilkę przy tym zdaniu. Mowa jest w nim o patriotyzmie „niektórych” ludzi "Warszyca" i patriotyzmie „naszych ludzi”, czyli „utrwalaczy” władzy ludowej. Rzeczą ciekawą jest to, że patriotyzm jest według autora tekstu cechą tylko niektórych żołnierzy podziemia, natomiast w wypadku „naszych ludzi” nie użyto słowa „niektórych”, z czego wynika, że wszyscy oni musieli być patriotami. Tak więc chociaż wśród ludzi "Warszyca" nie brakowało patriotów, to jednak nie zmienia to faktu, iż środowisko stojące na straży nowej „ludowej” władzy, czyli m. in. bezpieka, MO, KBW i in., musiało mieć wśród swoich członków większy odsetek patriotów niż oddziały podziemia antykomunistycznego. Oprócz tego patriotyzm „niektórych” ludzi "Warszyca" nie mógł być mierzony jedną miarą z patriotyzmem „naszych ludzi”. Czyżbyśmy więc mieli tutaj do czynienia z patriotami pierwszej i drugiej kategorii...?

Dlaczego taki temat?

        Na zakończenie spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytanie, jak doszło do tego, że Zbigniew Nienacki w drugiej połowie lat 50-tych zajął się tematem działającego zaraz po drugiej wojnie światowej polskiego podziemia antykomunistycznego? Wydaje się, że mogło to mieć między innymi związek z ówczesnymi planami literackimi pisarza. Otóż w latach 60-tych ukazała się dwutomowa powieść Zbigniewa Nienackiego zatytułowana "Liście dębu" opowiadająca o wojennych i powojennych losach dwóch chłopaków z jednej wsi. Materiały wykorzystane później przy tworzeniu "Liści dębu" zaczął zbierać Nienacki już w 1956 r., o czym możemy dowiedzieć się z notki dołączonej do drugiego wydania tejże powieści. Warto też wspomnieć, że w "Liściach dębu" także pojawiają się wydarzenia z dziejów KWP oraz walki ze zbrojnym podziemiem. Tak więc fabuła tejże książki zazębia się w pewnym stopniu z fabułą "Worka Judaszów".
        Pisząc o genezie powstania powieści "Worek Judaszów" oraz cyklu reportaży o "Warszycu" nie sposób pominąć jeszcze jednej, nader istotnej sprawy. Nie wolno mianowicie zapomnieć o roli, jaką odgrywała sama bezpieka w procesie powstawania tego typu tekstów. Tak się składa, że komunistyczny aparat bezpieczeństwa inspirował wówczas wydawanie publikacji, które miały za zadanie przedstawiać w jak najgorszym świetle „reakcyjne” podziemie antykomunistyczne. Przy realizacji tego celu posługiwano się spolegliwymi wobec ówczesnych władz dziennikarzami i literatami. Oczywiście, jak już wspomniałem, materiały, na podstawie których teksty te powstawały, były starannie wyselekcjonowane przez bezpiekę, ponieważ niedopuszczalne było, aby treść publikacji nie była zgodna z oficjalną linią PZPR.
        Aby oddać sprawiedliwość powieści Nienackiego trzeba jednak przyznać, że choć uznawana jest ona za „agitkę propagandową”, to jednak jest w o wiele mniejszym stopniu przesycona propagandą niż artykuły prasowe "Ewy Połanieckiej". Stwierdzić też należy, że "Worek Judaszów" jest ciekawie napisaną powieścią sensacyjną. Posiada wartką akcję, a także, pomimo dość skromnych rozmiarów, zawiera, oprócz tego, co poprzednio streściłem, kilka innych ciekawie skonstruowanych wątków. Wszystko to sprawia, że powieść wciąga czytelnika. Rzeczą o niebagatelnym znaczeniu jest też klimat i nastrój powieści. Czytając ją, warto jednak również pamiętać, jakie wydarzenia stanowiły jej inspirację i jakim to „szczytnym” celom służył jej główny bohater.




=====================================================================
Sławomir Formella: Dzieje KWP, a „Worek Judaszów”
=====================================================================
http://web.archive.org/web/20090202115200/http://nienacki.art.pl/a_dzieje_kwp_a_worek_judaszow.html
=====================================================================

        Wszystkie zamieszczone zdjęcia pochodzą ze strony łodzkiego IPN, które zorganizowało wystawę pt. "Żołnierze »Warszyca«" (http://www.ipn.gov.pl/bep_wystawy_lodz_warszyc.html).

I. / II. / III. / IV. / V. / VI. / VII.

        Jednym z tematów poruszanych w twórczości literackiej i dziennikarskiej Zbigniewa Nienackiego była walka organów bezpieczeństwa publicznego ze zbrojnym podziemiem niepodległościowym po zakończeniu II wojny światowej. Konkretnie chodzi tu o tzw. Konspiracyjne Wojsko Polskie (KWP), którego dzieje zainspirowały pisarza do napisania powieści "Worek Judaszów", a także stały się elementem tła historycznego "Liści dębu". Dzieje KWP oraz jego założyciela, Stanisława Sojczyńskiego, opisane zostały także w cyklu reportaży Ewy Połanieckiej (pseudonim Zbigniewa Nienackiego) pt. "Warszyc!" opublikowanym na łamach łódzkiego "Głosu Robotniczego" w 1957 r. W niniejszym tekście pragniemy krótko przedstawić dzieje KWP, a także porównać rzeczywistość historyczną i realia tamtych czasów z fabułą "Worka Judaszów". Myślę, że pozwoli to nam jeszcze lepiej zrozumieć tę kontrowersyjną, choć interesująco napisaną książkę.



I. Tło historyczne. Kim był "Warszyc"? Związki "Warszyca" z "Perkunem".

        Specyfiką Polski podczas II wojny światowej była bardzo rozbudowana struktura konspiracyjna. Istniało na okupowanych terenach naszego kraju prawdziwe Państwo Podziemne. Działało też wiele organizacji o charakterze wojskowym reprezentujących najróżniejsze środowiska oraz ugrupowania polityczne. Koniec II wojny światowej oraz wkroczenie na ziemie polskie Armii Czerwonej wiązały się z diametralną zmianą sytuacji tych organizacji. Chodzi tu w szczególności o Armię Krajową, której wielu żołnierzy zostało aresztowanych przez radziecki i polski aparat bezpieczeństwa. Wielu członków niepodległościowych organizacji konspiracyjnych stanęło przed koniecznością odpowiedzi na pytanie: co robić dalej? Jak ustosunkować się do nowej powojennej polskiej rzeczywistości? W obliczu skierowanych przeciw sobie poczynań organów bezpieczeństwa publicznego wielu dotychczasowych członków AK obawiało się o swoje bezpieczeństwo. Oprócz tego wielu z nich postrzegało stacjonujące w Polsce oddziały radzieckie jako następnych okupantów natomiast współpracujących z nimi polskich komunistów jako zdrajców działających na szkodę niepodległości Polski i dążących do podporządkowania jej ZSRR.
Stanisław Sojczyński. Zdjęcie z połowy lat trzydziestych.jpg (ok. 14 kB)        Jednym z tak myślących ludzi był Stanisław Sojczyński, najbardziej znany pod pseudonimem "Warszyc" (używał także pseudonimów "Wojnar" i "Zbigniew"). Był on synem chłopa. Na świat przyszedł w Rzejowicach w powiecie radomszczańskim 30 marca 1910 roku. W okresie dwudziestolecia międzywojennego podjął pracę jako nauczyciel języka polskiego w szkole powszechnej w Borze Zajacińskim koło Częstochowy. Po wybuchu II wojny światowej z początku trafił do punktu mobilizacyjnego w Łodzi, po czym walczył w okolicach Hrubieszowa i Janowa Lubelskiego. Po kampanii wrześniowej powrócił w rodzinne strony i związał się z niepodległościową konspiracją. Jesienią 1939 r. został zaprzysiężony jako żołnierz Służby Zwycięstwu Polski. W czasach okupacji hitlerowskiej należał do aktywnych członków Służby Zwycięstwu Polski oraz Związku Walki Zbrojnej (przemianowanego w 1942 r. na Armię Krajową). Był między innymi zastępcą komendanta Obwodu Radomsko AK oraz szefem Kedywu w obwodzie. Wsławił się także akcją uwolnienia więźniów z więzienia w Radomsku w nocy z 7 na 8 sierpnia 1943 r. Nieco później por. Sojczyński został dowódcą I batalionu 27 pułku piechoty AK.
        Po wkroczeniu na ziemie polskie wojsk radzieckich Stanisław Sojczyński nie godząc się na nową rzeczywistość stworzył na bazie dowodzonego przez siebie w czasie wojny I batalionu 27 pp AK nową organizację o kryptonimie "Manewr", która we wrześniu 1945 r. przemianowana została na Konspiracyjne Wojsko Polskie (po raz pierwszy nazwy tej użyto 12 września 1945 r., choć oficjalnie przyjęto ją dopiero w styczniu 1946 r.).
        Postać Stanisława Sojczyńskiego posłużyła Zbigniewowi Nienackiemu jako pierwowzór postaci "Perkuna" z "Worka Judaszów". To, co łączy postać "Perkuna" z osobą "Warszyca" to: chłopskie pochodzenie, zawód nauczyciela języka polskiego, przynależność do organizacji konspiracyjnych podczas okupacji hitlerowskiej oraz założenie antykomunistycznej organizacji podziemnej po wojnie. Wspomnieć warto w tym miejscu również o tym, że "Perkun", podobnie jak "Warszyc", po aresztowaniu przez UB przyznał się (w wypadku "Warszyca" było to częściowe przyznanie) do zarzucanych mu czynów, lecz nie przyznał się (ani też nie poczuwał) do winy, gdyż czynów swych nie uważał za przestępcze. Jednak oprócz wspomnianych wyżej zbieżności w życiorysach obu panów zaobserwować możemy w nich także i pewne rozbieżności, które szerzej omówimy w innym miejscu.



II. Działalność KWP. Struktura organizacyjna. Wywiad.

        KWP rozwinęło działalność konspiracyjną na terenie województw: łódzkiego, śląsko-dąbrowskiego oraz częściowo kieleckiego i poznańskiego. Obszarami o szczególnie wzmożonej aktywności organizacji były zwłaszcza okolice Radomska (to właśnie ono występuje w powieści "Worek Judaszów" jako „R.”), Piotrkowa, Częstochowy i Wielunia. Co się tyczy liczebności KWP, to przyjmuje się, że w połowie 1946 r. liczyło ono ok. 3,5 tys. ludzi, choć pojawiają się także szacunki mówiące o 6 tys.
Wyrok śmierci wydany przez Sąd Specjalny Kierownictwa Walki z Bezprawiem na szefa WUBP w Łodzi Mieczysława Moczara (ok. 38 kB)        Głównymi celami organizacji "Warszyca" były przede wszystkim: samoobrona przed terrorem UB, ochrona społeczeństwa przed rabunkami i gwałtami dokonywanymi przez Armię Czerwoną oraz likwidacja band grabiących miejscową ludność. Oprócz tego działalność KWP polegała także na sporządzaniu aktów oskarżenia skierowanych przeciwko najbardziej uciążliwym i niebezpiecznym funkcjonariuszom organów bezpieczeństwa publicznego. Akty te kierowane były do funkcjonującego w ramach KWP Sądu Specjalnego Kierownictwa Walki z Bezprawiem, który na podstawie posiadanych materiałów wydawał wyrok. Wyroki te wykonywane były z kolei przez oddziały Samoobrony i Ochrony Społeczeństwa czyli tzw. SOS. Wspomnieć warto w tym miejscu, że na stronie internetowej łódzkiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej opublikowany jest wyrok śmierci wydany przez KWP na ówczesnego szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (WUBP) w Łodzi Mieczysława Moczara. Treść tego dokumentu jest bardzo zbliżona do występującego w powieści "Worek Judaszów" wyroku wydanego przez organizację "Rokity" na Jarugę. Zbieżność ta oczywiście nie powinna nas dziwić, gdyż Nienacki napisał "Worek Judaszów" (oraz swój cykl artykułów prasowych pt. "Warszyc!") na podstawie materiałów archiwalnych, w których musiał natknąć się na jeden lub większą ilość takich wyroków.
        Jak wyglądała struktura organizacyjna Konspiracyjnego Wojska Polskiego? Otóż na szczeblu gmin funkcjonowały plutony. Kilka gmin z kolei składało się na kompanię, bataliony zaś działały na szczeblu powiatu. Prowadzenie walki bieżącej należało do zadań plutonów Służby Samoobrony i Ochrony Społeczeństwa. Jak czytelnicy "Worka" zapewne pamiętają, organizacja "Perkuna" i "Rokity" również posiadała formację o zbliżonej nazwie (Służba Ochrony Społeczeństwa).
        Oprócz tego posiadało KWP własny, dobrze funkcjonujący wywiad, który posiadał informatorów zarówno w aparacie bezpieczeństwa jak również w PPR. Wynika więc z tego, że występujący w "Worku", skrycie sprzyjający "Rokicie" zastępca komendanta Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (PUBP) w „R.” czyli Krychniak, nie był odosobnionym przypadkiem. Wśród pracowników ówczesnej bezpieki wielu skrycie sprzyjało podziemiu. Niektóre osoby podjęły pracę w organach bezpieczeństwa celowo skierowane tam przez podziemie. Oczywiście komuniści doskonale zdawali sobie sprawę z istnienia tego zagrożenia. Symptomatyczne jest np. to, że WUBP w Łodzi, który w 1946 r. wysłał w teren swoich ludzi z zamiarem schwytania "Warszyca", zakazał swoim wysłannikom kontaktowania się z funkcjonariuszami terenowych urzędów bezpieczeństwa. Było tak, ponieważ WUBP po prostu nie miał zaufania do pracowników powiatowych urzędów bezpieczeństwa, gdyż zdawał sobie sprawę z infiltracji tychże instytucji przez podziemie. Doskonałą ilustracją owej atmosfery braku zaufania może być zachowanie głównego bohatera powieści "Worek Judaszów", czyli Alberta. Z tekstu jednoznacznie wynika, że po przybyciu do „R.” unikał on jak ognia wszelkich kontaktów z funkcjonariuszami PUBP w tym mieście. Kazał nawet usunąć z portierni hoteliku człowieka, którego zidentyfikował jako agenta UB, gdyż obawiał się, że wieść o jego (tj. Alberta) pobycie w „R.” i o tym, kim Albert faktycznie jest, może dotrzeć do któregoś z pracujących w UB tajnych współpracowników podziemia. To zaś mogło nie tylko poważnie zaszkodzić powodzeniu misji, ale także zagrozić życiu Alberta.

 

III. Akcja na Radomsko i jej bezpośrednie następstwa.

Por. Jan Rogólka 'Grot' (ok. 34 kB)        W nocy z 19 na 20 kwietnia 1946 r. miało miejsce najbardziej spektakularne przedsięwzięcie w całych dziejach KWP. Była to tzw. akcja na Radomsko. Została ona opisana w jednym z reportaży "Ewy Połanieckiej". Zbigniew Nienacki włączył ją także do fabuły "Worka Judaszów" (na kartach powieści przeniósł to wydarzenie na noc z 27 na 28 kwietnia). Podczas akcji tej dowodzone przez Jana Rogólkę "Grota" siły KWP zdołały opanować radomszczański areszt oraz uwolnić stamtąd 57 więźniów. Nie udało się im jednak zająć siedziby tamtejszego urzędu bezpieczeństwa. Wielu uczestników akcji na Radomsko wpadło wkrótce potem w ręce bezpieki, która zintensyfikowała swoje działania mające na celu likwidację KWP. W wyniku pokazowego procesu 17 żołnierzy KWP oskarżonych o udział w akcji na Radomsko, który odbył się przed Sądem Okręgowym w Częstochowie na sesji wyjazdowej w Radomsku, 12 z nich skazanych zostało na karę śmierci, natomiast pozostałe 5 osób otrzymało wyroki 15 lat więzienia. Wyrok śmierci na skazanych wykonano w nocy z 9 na 10 maja 1946 r. Stało się to prawdopodobnie w piwnicach gmachu PUBP w Radomsku. Ciała skazańców zostały następne umieszczone w poniemieckim bunkrze w lesie koło Bąkowej Góry. Według znajdujących się w archiwach IPN zeznań świadków zwłoki żołnierzy KWP były zmasakrowane i nosiły ślady tortur. Tydzień po zabójstwie ciała skazańców zostały wydobyte z bunkra. Zwłoki 10 z nich pochowano potem we wspólnej mogile na cmentarzu w Bąkowej Górze. Pogrzeb wyprawiony został przez mieszkańców wsi przy współudziale rodzin skazanych. Ciała dwóch pozostałych skazanych na śmierć żołnierzy KWP przeniesione zostały w inne miejsce. Dowodzącego w akcji na Radomsko Jana Rogólkę "Grota" pochowano w Woli Rożkowej, natomiast najmłodszego ze skazanych (w momencie śmierci miał niespełna 19 lat) Leopolda Słomczyńskiego - w Radomsku.
        Wydarzenia te występują także w powieści "Worek Judaszów". Jest tam mowa i o procesie uczestników akcji na „R.”, jak również o fakcie umieszczenia ich zwłok w bunkrze (choć nie pada w powieści nazwa miejscowości, gdzie ów bunkier się znajdował). Występuje też w powieści scena przewozu (w celu pogrzebania) wyjętych z bunkra ciał żołnierzy "Rokity". Wydaje się jednak, że pewnym modyfikacjom uległo w wyobraźni pisarza miejsce tego wydarzenia, gdyż, jak pamiętamy, ukazany w "Worku" pogrzeb odbył się w okolicy klasztoru w Dąbrowie.
        Po akcji na Radomsko władze bezpieczeństwa wzmogły działania zmierzające do schwytania ścisłego kierownictwa KWP. Można powiedzieć, że pętla na szyi "Warszyca" i jego współpracowników zaczęła się powoli zaciskać. W łódzkim WUBP, kierowanym wówczas przez płk Mieczysława Moczara, powołano grupę, której zadaniem było schwytanie "Warszyca". W jej skład wchodziło 4 funkcjonariuszy WUBP w Łodzi, którzy wyruszyli „w teren”. Specjalnie nie angażowano w jej działalność „terenowych” funkcjonariuszy bezpieki, gdyż, jak już wspomniałem, w Łodzi zdawano sobie sprawę z tego, że w powiatowych urzędach bezpieczeństwa pracowało wielu zakonspirowanych sympatyków podziemia.

 

IV. Agent "Żbik" donosi, czyli agenturalne rozpracowanie sztabu "Warszyca".

        Aresztowanie przywódców KWP było dla łódzkiego WUBP sprawą priorytetową. W związku z tym bezpieka zdecydowała się rozpracować organizację "Warszyca" przy pomocy agentury. Było to możliwe przede wszystkim dzięki temu, że udało się aparatowi bezpieczeństwa zwerbować jednego z członków sztabu KWP. Został on agentem o pseudonimie "Żbik". Działalność agenturalną rozpoczął on najprawdopodobniej w maju 1946 r. i walnie przyczynił się do schwytania przez UB "Warszyca" wraz z jego sztabem.
        Czy czegoś nam to nie przypomina? Tak, w taki sam sposób wpadł w ręce bezpieki "Perkun", czyli twórca organizacji podziemnej występującej w powieści Nienackiego. Również on został zadenuncjowany przez jednego z członków własnego sztabu. W powieści Nienackiego człowiekiem, który „wykończył” sztab "Perkuna" był agent o kryptonimie "Lelek Nocny", którego znamy jako portiera hoteliku w „R.”.
Fotografia Stanisława Sojczyńskiego wykonana w siedzibie WUBP w Łodzi (ok. 34 kB)        Efektem agenturalnej działalności "Żbika" było aresztowanie przez UB Stanisława Sojczyńskiego (stało się to w Częstochowie dnia 27 czerwca 1946 r.) oraz jego współpracowników wchodzących w skład I Komendy KWP. W zamian za udział w rozpracowaniu dowództwa KWP otrzymał "Żbik" nagrodę w wysokości 20 tys. zł., co stanowiło wyjątek, gdyż pozostała agentura zaangażowana w to samo przedsięwzięcie nie była wynagradzana.
        Doprowadzenie do aresztowania "Warszyca" i pierwszego sztabu KWP nie oznaczało jednak końca agenturalnej działalności "Żbika". Po utworzeniu II Komendy KWP, co nastąpiło w drugiej połowie 1946 r., "Żbik" wszedł w jej skład i zezwalał na jej stałe inwigilowanie przez UB.
        Kim był ten człowiek? Na podstawie istniejących dokumentów źródłowych stwierdzić można, że agentem o pseudonimie "Żbik" był łącznik w I Komendzie KWP Henryk Brzózka "Niutek". Został on aresztowany jeszcze w końcu kwietnia 1946 r., po czym został zwerbowany przez bezpiekę. Jest on zresztą jedyną osobą, która należała do obu komend KWP, a oprócz tego pozostawała na wolności po aresztowaniu sztabu "Warszyca". "Żbik" nie był zresztą jedynym agentem organów bezpieczeństwa publicznego działającym w KWP. Z akt UB wiemy, że w maju 1946 r. (a więc wtedy, gdy "Żbik" prawdopodobnie rozpoczynał swą działalność agenturalną) było w KWP dwóch agentów i sześciu informatorów.
        Warto w tym miejscu rzucić okiem na stosowane wówczas przez bezpiekę metody werbunku agentury. Jedną z powszechnie stosowanych metod było nakłanianie do współpracy z UB aresztowanych członków podziemia. Po zwerbowaniu agenci tacy wypuszczani byli na wolność lecz tym razem mieli oni w wniknąć do wnętrza organizacji podziemnych po to, aby dostarczać informacji organom bezpieczeństwa. Metoda ta częstokroć jednak bywała nieskuteczna. Po prostu oddziały leśne nie dawały się nabrać i obawiając się prowokacji ze strony UB, niejednokrotnie zabijały takich wzbudzających podejrzenia ludzi. Ludzie podziemia nie ufali w takich wypadkach nawet swoim, gdyż każdy, kto był już w rękach bezpieki mógł być potencjalnym agentem i mógł zacząć „sypać”.
        Jako przykład tego typu sytuacji posłużyć może opisany na kartach powieści "Worek Judaszów" przypadek Kurtmana. Jako członek organizacji "Rokity" wpadł on w ręce bezpieki, która następnie, jak można przypuszczać, „ułatwiła” mu ucieczkę. Jednak, gdy pojawił się na terenach kontrolowanych przez "Rokitę", został bezzwłocznie zabity, gdyż mógł zostać w międzyczasie zwerbowany przez UB, a więc był w oczach podziemia „spalony”.

 

V. Kim był główny bohater "Worka"? Z-24 wkracza do akcji, czyli seria prowokacji. Pojmanie "Rokity", a rzeczywistość historyczna. Co wiemy o "Rokicie"?

        O ile do schwytania "Warszyca" i jego najbliższych współpracowników walnie przyczynił się agent o pseudonimie "Żbik", o tyle nieco później znaczący udział w agenturalnym rozpracowaniu KWP przypadł człowiekowi, który był pierwowzorem głównego bohatera "Worka Judaszów", czyli Alberta (majora C-25 z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego). Tożsamości tego człowieka nie znamy po dziś dzień. Był on etatowym pracownikiem Wydziału II Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego i znany jest nam pod pseudonimami Z-24 oraz "Siwiński". W celu schwytania dowódców oddziałów leśnych KWP posługiwał się on metodą prowokacji. Wobec żołnierzy KWP odgrywał on rolę oficera łącznikowego, który przybył do Polski od generała Andersa w celu zorganizowania przerzutów ludzi do Anglii. W świetle relacji szefa wywiadu KWP w Wieluniu, Włodzimierza Jaskulskiego, "Siwińskiemu" udało się uzyskać wejście do Komendy Obwodu Łask KWP. Miało się to stać w miejscowości Szczerców.
        Akcje zorganizowane przez agenta Z-24, czyli "Anglika" zostały dość szeroko opisane w reportażach "Ewy Połanieckiej". Jedną z nich była akcja schwytania Henryka Glapińskiego "Klingi", który na polecenie "Anglika" przybył do Warszawy na zwołaną tam rzekomo odprawę dowódców oddziałów leśnych. Oczywiście odprawa okazała się „lipą”, natomiast "Klinga" został natychmiast aresztowany. Jednym z następnych przedsięwzięć "Siwińskiego" było zorganizowanie zasadzki na oddział Adama Dulęby "Jura" z Obwodu Radomsko KWP. Z-24 poinformował żołnierzy KWP, którym rzekomo przychodził z pomocą, jakoby "Klinga" kontynuował walkę i stanął na czele dużej grupy leśnej na lubelszczyźnie. Tam też właśnie mieli zostać przetransportowani przez "Anglika" "Jur" i jego ludzie. Rzekomy przerzut oddziału Adama Dulęby na lubelszczyznę miał odbyć się ciężarówką. 9 września 1946 r. wiozący 13 żołnierzy KWP samochód ciężarowy wpadł w zasadzkę koło Garwolina. W walce, która się wywiązała, zginął "Jur" oraz większość jego ludzi. Ogólne kierownictwo całej akcji spoczywało w rękach szefa II Sekcji Wydziału II Głównego Zarządu Informacji WP mjr Nauma Lewandowskiego oraz mjr Dominiaka z WUBP w Łodzi.
        Opisy obu akcji zawarte są, jak wspomniałem, w reportażach "Ewy Połanieckiej" opublikowanych w "Głosie Robotniczym". Interesująco wygląda porównanie treści tychże reportaży z fabułą "Worka Judaszów". Wynika z niego jednoznacznie, że opisana przez Nienackiego akcja Alberta, czyli rzekomy transport "Rokity" i jego oddziału na lubelszczyznę, powstała w wyobraźni autora w wyniku skompilowania obu opisanych wcześniej akcji. Jako pierwowzór przewożonego ciężarówką oddziału leśnego "Rokity" jawi się nam w tej sytuacji oddział Adama Dulęby "Jura". Z kolei, jeśli chodzi o samego "Rokitę", to pomysł, aby wywieźć go do Warszawy na rzekome spotkanie z pułkownikiem Johnsonem, zainspirowany był prowokacją, której ofiarą padł "Klinga".
Por. Henryk Glapiński 'Klinga' (ok. 28 kB)        Przy tworzeniu postaci "Rokity" pisarz w dużym stopniu musiał inspirować się postacią "Klingi", który w tekstach Nienackiego opisywany jest jako krwawy watażka. To, co łączy "Rokitę" z "Klingą", to, oprócz pewnych cech charakteru także i fakt, że obaj zostali pojmani w drodze prowokacji oraz to, że obaj posiadali „melinę” w gajówce Graby. (Notabene, w tekście "Worka" znajdujemy także wzmiankę o „czujce” połączonej z tąże gajówką przy pomocy telefonu polowego. Z całą pewnością „pierwowzorem” tegoż telefonu musiał być aparat, który założyli zabici później z rozkazu "Klingi" radzieccy jeńcy.)
Sierż. Jan Małolepszy 'Murat' (ok. 46 kB)        Skoro mowa już o "Rokicie", to myślę, że warto poświęcić parę słów również jego wyglądowi zewnętrznemu. Oto jak "Rokitę" opisał Nienacki: „Rokita wyglądał jak wiejski kramarz w oficerskim mundurze. Mawiał o sobie, że ma figurę Napoleona. Chodził wyprostowany, wypinając brzuszek i po napoleońsku zakładając ręce na piersi. Twarz miał tęgą, nalaną. Przedwojenną czapkę oficerską wciskał głęboko na czoło. Ciasno zapięty kołnierz wpijał się w kark. Nosił głowę wysoko, sznurując wąskie wargi.” Co mogło zainspirować pisarza do stworzenia tak właśnie wyglądającej postaci?
        Przeglądając dostępne mi materiały dotyczące dziejów KWP zwróciłem uwagę na zdjęcie szefa III Komendy KWP sierż. Jana Małolepszego "Murata" i odniosłem wrażenie, że to jego fotografia mogła stanowić (przynajmniej w pewnym stopniu) źródło inspiracji dla Nienackiego. Jest to oczywiście tylko moje przypuszczenie. Na pytanie, czy istnieje podobieństwo między postacią opisaną w "Worku" a zdjęciem "Murata", niech każdy odpowie sobie sam. W każdym razie faktem jest, że zdjęcie, o którym mowa, musiało być bezspornie znane Nienackiemu, gdyż zostało dołączone do jednego z opublikowanych na łamach "Głosu Robotniczego" artykułów o "Warszycu". A więc kto wie?...

 

VI. „Przedwczesne uśmiercenie” "Perkuna" w powieści i inne rozbieżności między fabułą "Worka" a realiami historycznymi.

        Porównując akcję powieści "Worek Judaszów" z wydarzeniami historycznymi nie sposób nie zwrócić uwagi na jedną rzecz. Mianowicie w momencie akcji na „R.” "Perkun" (którego pierwowzorem był sam "Warszyc") już nie żył, natomiast na czele organizacji stał już jego następca "Rokita". Tymczasem rzeczywistość wyglądała tak, że w czasie, gdy przeprowadzono akcję na Radomsko, "Warszyc" nie dość że żył, ale stał również na czele całej organizacji. Czemu więc Nienacki przedwcześnie „uśmiercił” jednego z bohaterów opisywanych przez siebie wydarzeń?
        Myślę, że może tu chodzić m. in. o to, że Nienacki, generalnie rzecz ujmując, ograniczył miejsce akcji swej powieści do Radomska i okolic tego miasta, natomiast "Warszyc" rezydował w tym czasie (wiosna 1946 r.) głównie w Częstochowie, a więc kawał drogi od Radomska (czyli tajemniczego powieściowego „R.”). Oprócz tego zwróćmy uwagę, że chociaż opisana na kartach powieści prowokacja i ujęcie "Rokity" z jego oddziałem została przez pisarza umiejscowiona w maju 1946 r. (a więc jeszcze przed aresztowaniem "Warszyca"), to jednak faktyczne pojmanie "Klingi" oraz oddziału "Jura", będące pierwowzorami opisanych w "Worku" wydarzeń, odbyły się na początku września 1946 r., czyli już po aresztowaniu Stanisława Sojczyńskiego i jego sztabu. Widzimy więc, że wydarzenia, które w największym stopniu zainspirowały Nienackiego przy pisaniu powieści, odbywały się bez bezpośredniego udziału "Warszyca". W przypadku akcji na Radomsko przyczyną tego mógł być fakt przebywania "Warszyca" w Częstochowie, natomiast w przypadku prowokacji dokonanej przez "Anglika" spowodowane było to tym, że "Warszyc" podczas realizacji tejże operacji był już w rękach UB. Tak więc Nienacki, konstruując fabułę swej powieści, nie znalazł w niej miejsca dla "Warszyca". "Perkun" występuje na kartach powieści jedynie jako postać, o której się mówi, ale która nie bierze udziału w opisywanych w książce wydarzeniach. Wydaje się, że „wygodnie” było Nienackiemu na użytek powieści zmienić nieco chronologię wydarzeń i przenieść aresztowanie i śmierć "Perkuna" ("Warszyca") na okres przed akcją na Radomsko.
        Kolejną rozbieżnością między fabułą powieści a tym, co miało miejsce w rzeczywistości, jest miejsce, gdzie aresztowano "Perkuna". Jego pierwowzór, czyli "Warszyc" „wpadł” w Częstochowie, natomiast "Perkuna" schwytano w domu majorowej Raczyńskiej w „R.”. Świadczyć to może o dążności Nienackiego do ograniczenia miejsca akcji "Worka" jedynie do Radomska i okolic. Oprócz tego fakt, że majorowi C-25 (Albertowi) przyszło kwaterować w tym samym miejscu, gdzie wcześniej „wpadł” sztab "Perkuna", miał zapewne przyczynić się również do spotęgowania atmosfery napięcia w powieści.
        Co się tyczy "Rokity", to z powieści wynika, że był on następcą "Perkuna", a więc niejako szefem II Komendy perkunowej organizacji. Jednak w rzeczywistości żadna z osób, które padły ofiarą prowokacji ze strony agenta Z-24, nie była następcą Sojczyńskiego na stanowisku komendanta KWP. Zarówno "Klinga" jak i "Jur" byli jedynie dowódcami oddziałów leśnych i nie stali na czele całej organizacji. Owszem, miało KWP zarówno drugą oraz trzecią komendę lecz to nie ich rozpracowanie, a właśnie pojmanie "Klingi" i oddziału "Jura" stanowiło inspirację dla pisarza przy konstruowaniu fabuły powieści. Generalnie rzecz ujmując rację miał Nienacki pisząc w notce odautorskiej zamieszczonej w "Worku Judaszów", że „okoliczności schwytania dowództwa oddziału były w rzeczywistości o wiele bardziej sensacyjne, niż to opisałem w powieści”. Faktycznie, dokonana przez "Siwińskiego" prowokacja w skali całych dziejów likwidacji KWP jest jedynie jednym z epizodów walki komunistów ze stworzoną przez "Warszyca" organizacją.

 

VII. Śmierć "Warszyca" i stopniowy upadek KWP.

        Przejdźmy z powrotem do realiów historycznych. Schwytani przez bezpiekę "Warszyc", "Klinga" oraz inni członkowie KWP zostali osądzeni przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Łodzi. Na mocy wydanego przezeń wyroku na karę śmierci skazani zostali: Stanisław Sojczyński "Warszyc", Ksawery Błasiak "Albert" (nie mający rzecz jasna nic, poza pseudonimem, wspólnego z głównym bohaterem "Worka Judaszów") oraz Henryk Glapiński "Klinga". Oprócz nich skazano na śmierć pięciu innych członków KWP. Ostatecznie jednak Antoniemu Bartolikowi i Władysławowi Bobrowskiemu karę śmierci zamieniono na dożywotnie więzienie, natomiast wyrok śmierci na "Warszycu", "Klindze" oraz pozostałych czterech skazanych został wykonany. Egzekucja miała miejsce najprawdopodobniej w Łodzi 19 lutego 1947 r., na kilka dni przed mającą wejść w życie amnestią.
        "Warszyca" i jego żołnierzy sądzono na podstawie dekretu z 13 czerwca 1946 r. o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa (był to tzw. „mały kodeks karny”) oraz Kodeksu Karnego Wojska Polskiego. Jednak cechą charakterystyczną procesów żołnierzy KWP było nieprzestrzeganie podstawowych zasad obowiązujących w postępowaniu dowodowym i procesowym. Zeznania wymuszano biciem i innymi metodami niedozwolonymi w praworządnym państwie. Zdarzało się, że preparowano dowody przeciwko oskarżonym natomiast wszelkie wątpliwości powstałe w toku postępowania rozstrzygano na ich niekorzyść. Oprócz tego do procesów członków podziemia kierowano sędziów dyspozycyjnych, częstokroć bez doświadczenia prawniczego lub tylko pobieżnie wykształconych.
        Śmierć "Warszyca" nie oznaczała jeszcze końca KWP, lecz organizacja, pomimo, że odrodziła się, nie prowadziła już nigdy działalności na tak szeroko zakrojoną skalę, jak w czasach, gdy kierował nią "Warszyc". Niezbyt długo przetrwała II Komenda KWP, na której czele stanął por. Jerzy Jasiński "Janusz". Po jej likwidacji powstała z kolei III Komenda, której przywódcą został sierż. Jan Małolepszy "Murat" (jest to ta osoba, której wizerunek mógł, według mnie, zainspirować Nienackiego do stworzenia takiej, a nie innej fizycznej sylwetki "Rokity"). Jednak w tym czasie działalność KWP była już jedynie walką o przetrwanie. 9 listopada 1948 r. "Murat" został ujęty, po czym, załamawszy się podczas śledztwa, zaczął współpracować z UB w zamian za obietnicę łagodniejszego wyroku. Nie uchroniło go to jednak przed wyrokiem śmierci, który wydał na "Murata" w marcu 1949 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Łodzi. Jan Małolepszy zmarł w celi w dniu 14 marca 1949 r. Według oficjalnej wersji wydarzeń zmarł on śmiercią naturalną. Po śmierci "Murata" organizacja trwała już w postaci szczątkowej. Jeszcze przez kilka lat działały małe, „luźne” oddziały KWP. Jako ostatni ujęci zostali w 1954 r. Ludwik Danielak "Bojar" oraz Józef Ślęzak "Mucha". Zostali oni rozstrzelani w Łodzi w sierpniu 1955 r. Tak więc ostatni epizod dziejów KWP dzieliły już tylko dwa lata od daty publikacji reportaży "Ewy Połanieckiej".
 



=====================================================================
Ewa Połaniecka: Cykl artykułów „Warszyc!”, cz. 1.
=====================================================================
https://web.archive.org/web/20081229043321/http://www.nienacki.art.pl/a_warszyc.html
=====================================================================

I / II / III / IV / V / VI / VII / VIII / IX / X / XI / XII

        Zbigniew Nienacki znany jest szerszemu gronu czytelników przede wszystkim jako autor cyklu o Panu Samochodziku oraz kontrowersyjnych dzieł dla dorosłych, spośród których wyróżnia się w pierwszym rzędzie "Raz w roku w Skiroławkach". Tak się jednak składa, że w kręgu zainteresowań tego pisarza znajdowały się również wydarzenia z najnowszej historii Polski. Chodzi tu konkretnie o walkę komunistycznego aparatu bezpieczeństwa ze zbrojnym podziemiem niepodległościowym, która miała miejsce w okresie następującym bezpośrednio po zakończeniu II wojny światowej. Zbigniew Nienacki poruszył tę problematykę w swoich powieściach pt. "Worek Judaszów" oraz "Liście dębu". Pamiętać też trzeba, że oprócz pisarstwa trudnił się on również dziennikarstwem i w toku swej pracy dziennikarskiej także poruszał ten temat.
        Chcielibyśmy niniejszym zaprezentować na naszej stronie serię artykułów prasowych składających się na duży cykl reportaży opatrzony tytułem "Warszyc!". Teksty te zostały opublikowane w 1957 roku na łamach "Głosu Robotniczego", będącego wówczas organem KW PZPR w Łodzi. W skład cyklu pt. "Warszyc!" wchodzą 32 artykuły zamieszczone w 25 numerach "Głosu Robotniczego". Głównym tematem prezentowanych niżej reportaży są dzieje jednej z największych organizacji antykomunistycznego podziemia w latach 40-tych minionego stulecia, czyli Konspiracyjnego Wojska Polskiego (KWP) oraz osoba jego założyciela i zarazem pierwszego komendanta Stanisława Sojczyńskiego, czyli tytułowego "Warszyca".
        Ciekawie przedstawia się sprawa autorstwa serii artykułów o "Warszycu", gdyż każdy tekst podpisany jest nazwiskiem "Ewa Połaniecka". W tym miejscu wielu z Was, drodzy Czytelnicy, zapewne zada sobie pytanie: „cóż to wszystko ma wspólnego z osobą Zbigniewa Nienackiego?” Otóż okazuje się, że "Ewa Połaniecka" to pseudonim, pod jakim kryje się właśnie autor przygód Pana Samochodzika. Twierdzi tak Tomasz Lenczewski, badacz dziejów KWP, który na początku lat 90-tych ubiegłego stulecia wymieniał listy ze Zbigniewem Nienackim. Według Lenczewskiego Nienacki w swojej korespondencji sam przyznał się do tego, że był "Ewą Połaniecką", w związku z czym nie powinno być już dziś najmniejszych wątpliwości co do tożsamości tej „pani”. Warto oprócz tego wspomnieć w tym miejscu, że w okresie, gdy powstały owe (jak się je niekiedy określa) „pseudoreportaże”, Zbigniew Nienacki pracował właśnie w redakcji "Głosu Robotniczego".
        Generalnie rzecz ujmując seria artykułów o "Warszycu" składa się z trzech części. Każda z nich dzieli się z kolei na posiadające własne tytuły odcinki. Pierwsza część nie została opatrzona żadnym podtytułem i składa się z 12 rozdziałów. Część druga z kolei nosi podtytuł "Akcja na Radomsko" i liczy 7 rozdziałów. Ostatnia część, trzecia, zatytułowana została "Klęska" i w skład jej wchodzi 13 odcinków. Reportaże te opisują w formie niemalże sensacyjnej wydarzenia, które miały miejsce w latach 1945-1947. Konkretnie chodzi tu, jak już wspomniałem, o dzieje KWP, jego działalność na terenie województwa łódzkiego i terenów przyległych oraz działania organów bezpieczeństwa mające na celu likwidację tejże organizacji oraz aresztowanie jej przywódców.
        Opublikowane przez "Ewę Połaniecką", czyli Zbigniewa Nienackiego w "Głosie Robotniczym" teksty o "Warszycu" bardzo jednostronnie ukazują zagadnienie zwalczania zbrojnego podziemia antykomunistycznego po II wojnie światowej. Reprezentowany jest w nich oficjalny, zgodny ze stanowiskiem PZPR, pogląd na najnowszą historię Polski. Żołnierze dowodzonego przez "Warszyca" KWP określani są w tych reportażach mianem bandytów. W pozytywnym z kolei świetle ukazani są w tychże tekstach funkcjonariusze organów bezpieczeństwa, z którymi autor wyraźnie się utożsamia. We wspomnianej już korespondencji z Tomaszem Lenczewskim skruszony Zbigniew Nienacki twierdził, że w owym czasie nie mógł pisać inaczej, natomiast materiały źródłowe wykorzystane w toku prac nad reportażami wydzielane były przez bezpiekę.
        Wydarzenia opisane w prezentowanych poniżej reportażach wykorzystane zostały przez Zbigniewa Nienackiego do przy tworzeniu niektórych jego powieści. Chodzi tu oczywiście o wspomniane już wcześniej "Worek Judaszów" oraz "Liście dębu". W szczególności warto zwrócić w tym miejscu uwagę na "Worek Judaszów", gdyż wydarzenia opisane w reportażach o "Warszycu" stanowią w wypadku tej powieści nie tylko ogólne tło historyczne, lecz również szkielet faktograficzny, w oparciu o który skonstruowana została fabuła książki. Czytelnicy "Worka" z pewnością dostrzegą w tekstach o "Warszycu" pierwowzory wydarzeń i postaci występujących w tejże powieści. Przede wszystkim mamy tu na myśli Alberta, czyli majora C 25, głównego bohatera "Worka". W reportażach o "Warszycu" występuje on jako "Anglik" i nie należy go mylić z występującym tu i ówdzie w tychże tekstach "Albertem". Człowiek o pseudonimie "Albert" pojawiający się w artykułach "Połanieckiej" to por. Ksawery Błasiak, adiutant i zastępca Stanisława Sojczyńskiego - "Warszyca" i nie ma on nic wspólnego (poza pseudonimem) z Albertem z powieści "Worek Judaszów". Kim jest jednak ten ostatni, w tekstach "Połanieckiej", jak już wspomniałem, nazywany "Anglikiem"?...
        Aż do niedawna tożsamość tego człowieka nie była nam znana, jednak dzięki badaniom Jerzego Bednarka z Instytutu Pamięci Narodowej udało się ją ustalić. Dziś już wiemy, że człowiek ów nazywał się Zygmunt Lercel. Był synem Mieczysława oraz Genowefy z domu Siwińskiej, co wyjaśnia genezę pochodzenia jednego z jego pseudonimów. Podczas drugiej wojny światowej, wzięty do niewoli w czasie kampanii wrześniowej, Lercel został szybko zwolniony i aż do wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkał w Warszawie i utrzymywał się z handlu. Podobno zaangażował się w działalność konspiracyjną. Miał być m.in. związany z wywiadem AK, a nawet współpracować z wywiadem angielskim. W początkach września 1944 r. zatrudnił się jako praktykant w niemieckiej Policji Kryminalnej (Kripo), w której pracę uzasadniał później rozkazami, jakie otrzymał od swych konspiracyjnych przełożonych. Po wyzwoleniu przeniósł się do Łodzi, gdzie znów utrzymywał się z handlu. W maju 1945 r. zdołał przedostać się przez Ԫzieloną granicę” na Zachód, by w końcu trafić do Polskich Sił Zbrojnych we Włoszech. Zbiegł z Polski najprawdopodobniej dlatego, że obawiał się represji za współpracę z Niemcami podczas okupacji. Jednak i we Włoszech nie zagrzał zbyt długo miejsca i pod koniec 1945 r. po powrocie do Polski podpisał zobowiązanie do współpracy z Informacją Wojskową. Pracował on wówczas jako "Z 24" alias "Siwiński" dla Wydziału II Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego. W drugiej połowie 1946 r. zasłużył on się władzy ludowej doprowadzając do ujęcia dość wielu dowódców oddziałów leśnych KWP. Właśnie tym okresem z życia "Z 24" zainspirował się Nienacki pisząc "Worek Judaszów". Współpraca Lercela z Informacją Wojskową trwała aż do 1948 r., kiedy to... został on aresztowany przez swoich dotychczasowych mocodawców. Co więcej, i co zakrawa już na „chichot historii0, Zygmunt Lercel, czyli gorliwy „utrwalacz” władzy ludowej i pierwowzór godnego podziwu bohatera opisywanego przez Nienackiego, uznany został przez sąd za jednostkę wybitnie aspołeczną, pozbawioną wszelkich skrupułów i hamulców moralnych, a nawet... wrogo nastawioną dla Polski Ludowej. Ostatecznie otrzymał wyrok śmierci, który wykonano 1 czerwca 1950 r. Wynika więc z tego jednoznacznie, że w momencie, gdy powstawały artykuły "Ewy Połanieckiej" oraz powieść "Worek Judaszów", pierwowzór naszego bohatera nie miał okazji poczytać na swój temat, gdyż... od dłuższego czasu już nie żył.
        W tym miejscu wielu z Was zapyta zapewne A co z "Rokitą", kto jest jego pierwowzorem?0... Tym razem jednak nic nie wyjawię, gdyż byłoby to jak opowiadanie treści filmu jeszcze przed emisją. Nie odbiorę przyjemności czytelnikom "Worka Judaszów", którzy w trakcie lektury z całą pewnością sami odpowiedzą sobie na nurtujące ich pytanie. Co się zaś tyczy osób, które "Worka" jeszcze nie czytały, to nie pozostaje nic innego jak tylko zachęcić je do przeczytania tej, choć kontrowersyjnej, to jednak bardzo ciekawie napisanej książki.

Sławek Formella

 

"Warszyc" - od soboty w naszej gazecie

        W wyniku terrorystycznej działalności podziemia, dokonano w województwie łódzkim od 1.I.1946 r. do 1.VII.1946 roku:
        423 NAPADY RABUNKOWE, 170 MORDERSTW.
        Dowodził podziemiem, oddziałami tzw. "Konspiracyjnego Wojska Polskiego" - kapitan, pseudonim "Warszyc".
        O "Warszycu" i działalności jego oddziałów, o walce z podziemiem pisać będziemy w cyklu reportaży, z których pierwszy ukaże się już W SOBOTĘ.
        Reportaże te opracowane zostały na podstawie dokumentów udostępnionych naszej redakcji przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oraz akt z tajnego archiwum "Warszyca", odnalezionego po jego aresztowaniu.

nr 93, str. (?)

[Kto mógł się spodziewać, że późne popołudnie 29 listopada tak krwawo zapisze się w historii Bolesławca? W miasteczku, jak co dzień na rynku, załatwiano w kramach zakupy...]

        Grupa czytelników z pow. radomszczańskiego napisała nam w liście: „Nie jest prawdą, jak to tu i ówdzie pisano u nas jeszcze do niedawna, że w pierwszych latach po wojnie nowy socjalistyczny ustrój został przez całe społeczeństwo przyjęty entuzjastycznie, że tylko nieliczne jednostki, obszarnicy, kapitaliści i płatni agenci obcych mocarstw przeciwstawiali się nowej rzeczywistości. Wydaje się nam, że warto odkłamać lata 1945-47, które były okresem prawdziwej wojny domowej, okresem krwawej rewolucji, zaciętych walk różnego rodzaju oddziałów podziemnych i band leśnych. Warto chyba o tym napisać, przypomnieć ten czas szczególnie młodemu pokoleniu, aby dowiedziało się, że ustrój w jakim żyją, nie spadł z nieba, ale zrodził się z walki”.
        Staramy się spełnić prośbę naszych czytelników. Reportaże, które rozpoczynamy drukować nie mają pretensji do głębszej oceny pierwszych powojennych lat w naszym województwie (na to trzeba historyka, nie dziennikarza). Napisano je w oparciu o dokumenty udostępnione nam przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oraz akta z tajnego archiwum sztabu "Warszyca", odnalezione po jego aresztowaniu. Staraliśmy się w tych reportażach być jak najbardziej obiektywni, ukazywać fakty i tylko fakty, cytować dokumenty.
        Świadomi, że wielu ludzi odgrywających w oddziałach "Warszyca" nawet poważną rolę i skazanych na ciężkie więzienie - jest już dziś na wolności w wyniku kilkakrotnych amnestii, i że przypomnienie im smutnych spraw z ich przeszłości - mogłoby niejednemu wyrządzić dziś krzywdę - w wielu wypadkach nazwiska podajemy tylko w skrócie, pierwsze litery, lub ograniczamy się do pseudonimu jakiego używali.
        REDAKCJA


 

I. Kryptonim "Dunaj"

[W tym miejscu oddział "Rudego" ustawił 2 karabiny maszynowe. Stąd padła salwa do nadjeżdżającego auta, w którym zginęło 5 osób, a 2 zostały ranne.]

        Kilkanaście grubych segregatorów i teczek wypełnionych ciasno kartkami najróżniejszego formatu. Krótkie meldunki o skrytobójczych mordach, relacje świadków, przesłuchania, doniesienia agentów i wywiadu, rozkazy dowódców, wyroki śmierci wydane przez potajemne sądy, sprawozdania z akcji, obław, potyczek, zasadzek, rachunki strat, w których „ma” obejmuje dziesiątki zabitych, po stronie „winien” tyleż, albo i więcej zabójstw. Twarde okładki segregatorów spinają setki losów ludzkich. Często kończy je długi akt oskarżenia, wyrok, a potem kartka: „nie skorzystano z prawa łaski”, „wyrok wykonano w dniu...” Na pierwszym segregatorze mała kartka, tytuł tych wszystkich historii ludzkich: „Sprawa kryptonim Dunaj”.
        Ach, więc tak się to tutaj nazywało? Dunaj...
        Może sprawa ta skojarzyła się komuś z rzeką łez i cierpień ludzkich? Dlatego właściwie wszystko jedno od czego zacznę tę historię. Śmierć była na jej początku i na końcu, towarzyszyła każdemu dniu. Dokumenty leżą w teczkach chaotycznie, tak jak je tu wpisywano w pośpiechu, w gorączce walki. Pierwszą z brzegu teczkę otwiera cieniutki, pisany na bibułce raport. Melduje komendant posterunku MO, sierżant Stanisław Bury:
        „Dnia 29 listopada 1945 roku, o godzinie 17, uzbrojona banda w liczbie około 60 osób dokonała...”

***

        Bolesławiec jest malutką mieściną nad Prosną, na krańcu naszego województwa, w Wieruszowskiem. Ot, prawdziwa prowincjonalna dziura, kilkanaście ruder, kwadratowy rynek, z którego wybiegają po dwie uliczki. Można oczywiście zaznaczyć, że jest to miejscowość bądź co bądź historyczna, że już wspomniana w 1269 roku. Ale po dawnej świetności zostały tylko ruiny zamku zburzonego w latach szwedzkiego „potopu”. A współczesność kładzie się tu wszędzie małomiasteczkową nudą, pełną plotek i swarów.
        ...Listopadowy wieczór otula miasteczko siną, mglistą szarością. Od Prosny ciągnie chłód rzeczny, w stronę lasu, na łąkach kładą się długie pasma mgły jesiennej, a po błyszczącej od wilgoci szosie do Kępna klaszczą kopyta koni i jazgoczą koła furmanek.
        „...banda uzbrojona w liczbie około 60 osób przybyła z kierunku powiatu kępińskiego. Przybyli do Bolesławca furmankami. 9 furmanek i 1 bryczka. Wszystkie wozy zaprzężone w parę koni” - skrupulatnie, po gospodarsku melduje sierżant Bury. - „Banda ta uzbrojona była w broń maszynową, krótką, granaty, pancerfausty. Wszyscy w mundurach wojska polskiego...”
        Ludzie siedzieli po domach, oczekując kolacji. Wojsko? Co to kogo obchodzi? Wojsko ciągle kręci się po okolicy. Tylko dzieciaki jak zwykle najciekawsze, wybiegły z domów do żołnierzy.
        A ci pośpiesznie, bez narad, jakby posłuszni jakiemuś z góry opracowanemu rozkazowi, ustawili dwa karabiny maszynowe, („typu niemieckiego” - melduje sierż. Bury), na skrzyżowaniu dróg Bolesławiec - Kępno - Wieluń. Potem rozłożyli jeden karabin maszynowy na szosie Kępno - Bolesławiec. I wtedy się to zaczęło. Sierżant Bury opisuje:
        „Posterunek Milicji Obywatelskiej bandyci zajęli nagle, bez żadnej obrony. A w tymże samym czasie przyprowadzili na posterunek schwytanego w mieście mieszkańca Bolesławca - Romana Stawowskiego i Ukraińca, zamieszkałego w Bolesławcu - Aleksandra Torowskiego. Ludzi tych bandyci sprowadzili na posterunek, w którym znajdowali się komendant posterunku MO i dwóch milicjantów. Po wejściu na posterunek bandyci powyciągali milicjantom zamki z karabinów, a komendantowi zabrali broń krótką.
        Następnie przystąpili do badania Romana Stawowskiego, którego przywlekli związanego. Badania przeprowadzał dowódca bandy "Otto" i jego zastępca "Rudy". W trakcie badania obydwaj byli bici przez bandytów, Stawowskiemu wyrwano język. Do pisania na maszynie zawezwali urzędnika gminnego z wydziału aprowizacji, któremu dyktowano wyroki śmierci”.
        Od wyroków apelacji nie było. Nie upłynęło kilkanaście minut, wyprowadzono Stawowskiego i Torowskiego przed posterunek. Potem mieszkańcy Bolesławca usłyszeli kilka suchych karabinowych wystrzałów.
        „Wyrok wykonali przez rozstrzelanie”...

***

        Sierżant Bury opisuje:
        „W tymże samym czasie o godzinie 18 przybył do Bolesławca samochód ciężarowy z woj. śląsko-dąbrowskiego w drodze do Wielunia i natknął się na dwa karabiny maszynowe, które bandyci ustawili na skrzyżowaniu dróg. Na aucie znajdowało się 8 ludzi. Bandyci usiłowali auto zatrzymać, lecz w miarę, gdy ono posuwało się naprzód - otworzyli ogień z dwóch karabinów maszynowych, kładąc trupem 5 osób”.
        Teraz grupa "Otta" i "Rudego" dokonała napadu na miejscowych Żydów, którzy przed miesiącem powrócili do Bolesławca po kilkuletnim pobycie w hitlerowskich obozach.

***

        Wszystko odbyło się zgodnie z „planem”. Po morderstwach banda obrabowała dwie spółdzielnie. Grasowali do 24 w nocy, pozrywali linie telefoniczne, obsadzili dokładnie całą miejscowość, aby nie było łączności.
        Posługiwali się hasłem: „Baranów” i „Baranowicze”. Jak relacjonuje sierżant Bury:
        „Ogólna liczba zabitych przez bandytów - 12 osób, rannych dwie osoby. Po dokonanym napadzie operatorzy wycofali się z miejscowości, a następnie za nimi wycofało się ubezpieczenie, odjeżdżając w tym samym kierunku, z którego przybyli tj. w powiat kępiński”.
        Na meldunku sierżanta ktoś pochyłym rozstrzelonym pismem podkreślił czerwonym ołówkiem: "Warszyc"...


 

II. List kapitana "Warszyca"

[Te ruiny zamku w Bolesławcu (zamek z 1269 r.), widziały już niejedno. W listopadzie 1945 r. u ich podnóża w uliczkach małego miasteczka rozegrała się nowa tragedia...]

[...potem banda weszła do domu, gdzie od miesiąca mieszkały dwie rodziny żydowskie. Tu, gdzie teraz jest zakład fryzjerski, mieściła się wówczas restauracja, u właściciela której przerażeni ludzie chcieli pożyczyć pieniędzy na okup. Strzały w tył głowy położyły kres ich życiu.]

        Tego samego dnia, gdy w Bolesławcu dokonano mordu na dwunastu ludziach, starosta w Radomsku otrzymał list podpisany przez kpt. "Warszyca" dowódcę oddziału Armii Podziemnej, który pisał m.in. 
        „Po porozumieniu się z naszymi władzami, na propozycję wysuniętą przez obywatela za pośrednictwem por. "Burty" - odpowiadam jak następuje:
        Konspiracja nie jest wynikiem braku dobrej woli u nas czy niewłaściwego zrozumienia obowiązków obywatelskich. Władze oficjalne traktują nas jak wrogów Polski, podczas gdy my licznymi czynami dowiedliśmy, że jesteśmy najlepszymi jej synami. W swej płytkiej zarozumiałości, klasowym egoizmie i fanatycznym zacietrzewieniu, proletariusze popełniają błąd, zamiast serca okazują nam pięść. Ale rezultat jest jeden: coraz większa zaciekłość w walce o sprawiedliwość i wolność. Władze oficjalne mają to co nieopatrznie czy rozmyślnie powodują. O ujawnieniu się więc nie ma mowy. Na przeszkodzie stoją sprawy zasadnicze... Oddanie się do dyspozycji obecnych władz, to prawie tyle, co hańbiąca kapitulacja wobec wroga, to wyparcie się tego, o co walczyliśmy przez przeszło pięć lat, za co zapłaciliśmy kilkoma milionami najcenniejszych żyć i morzem cierpień i łez obywateli. Nie my, a wy musicie zmienić postępowanie, od waszego opamiętania się zależy skrócenie drogi do szczęścia Ojczyzny. Naszym zadaniem jest walka z bezprawiem...”
        Warszyc kpt.
        „Dowództwo Oddziałów Armii Podziemnej”.
        Dnia 28.XI.1945 r.”.

***

        „Naszym zadaniem jest walka z bezprawiem”. A przecież to, co czynili, było właśnie bezprawiem.
        „Licznymi czynami dowiedliśmy, że jesteśmy najlepszymi synami ojczyzny”. A przecież więcej w ich działalności było czynów takich, jak w Bolesławcu, niż takich, które przydają miano bohatera i patrioty.
        Wzniosłe są słowa kpt. "Warszyca". Niekiedy wzniosłością oddychają jego rozkazy. Lecz od pierwszej do ostatniej chwili był konflikt między wzniosłością słów, a praktyką codziennej działalności leśnych oddziałów - praktyką, która wyglądała jak krwawy wieczór Bolesławca.
        "Otto" i "Rudy". Jeden z oddziałów podległych z początku "Warszycowi". "Otto" - major niemiecki dezerter z Wehrmachtu. "Rudy" - Ślązak, dezerter z Wehrmachtu, porucznik niemieckiej armii. Czy byli to „najlepsi synowie ojczyzny” - Polski? "Rudy" zginął w sierpniu 1946 roku, gdy ranny ostatnim wysiłkiem chciał się przedostać na drugi brzeg Prosny... Ale o tym i o innych sprawach „leśnych ludzi” w następnych reportażach.

        (Kolejny reportaż pt. "Warszyc" wydrukujemy w numerze wtorkowym).

        nr 95, str. 6 (?)


 

III. Meldunki. Niepowodzenia. Rachunek

[Któż mógł przypuszczać, że ta samotna kaplica na cmentarzu w Wieruszowie kryła broń jednej z grup oddziału "Rudego"?]

        - Ti-ti-ta-ti-ta-ta... - nerwowo wystukiwał telegraf.
        Ktoś głośno wykrzykiwał do słuchawki telefonicznej:
        - Halo! Halo! Słyszycie mnie?!
        A potem, gdy trzaski w słuchawce uspokoiły się, począł zapisywać na blankiecie telefonogramu:
        „...Dnia 16.XII.1945 r. ze wsi Węglin, pow. Radomsko, uprowadzono 2 referentów WUBP w Łodzi, którzy znajdowali się w mieszkaniu "Groma" - jednego z przywódców "Warszyca" - celem pertraktacji w sprawie ujawnienia się bandy. Do obecnej chwili nie natrafiono na żaden ślad ww referentów. Najprawdopodobniej zostali zamordowani”.
        „...Grupa leśna pod nazwą "Motor" zamordowała we wsi Wierzbice Józefa Kowalskiego. Przy zabitym znaleziono wyrok śmierci podpisany przez "Warszyca"...
        „...Grupa pod nazwą "Motor" zastrzeliła w Radomsku Leona Jacimia. Tło zabójstwa nie znane. Najprawdopodobniej - "Warszyc".
        „...Grupa pod nazwą "Czołówka" zabiła w Gidlach (pow. Radomsko) Józefa Dudka. Zabójstwa dokonano z rozkazu "Warszyca"...

***

[...zebrali się na strychu kościoła w Wieruszowie. Leżało tu 10 „stenów”, trzy miotacze ognia, RKM, 10-strzałowy karabin, granaty, amunicja, cały arsenał.]

        Meldunek za meldunkiem. Telefonogramy. A w każdym wiadomość o czyjejś śmierci. Grudzień 1945 roku, ciężki grudzień, w którym każdy dzień przynosił wieść o skrytobójczych mordach. Ale któż mógł przypuszczać, że dopiero wiosna okaże się naprawdę „gorącą”, obnaży siłę i zajadłość podziemia.
        W WUBP ludzie mają sine od niewyspania twarze, oczy bolą jakby w nie piasku sypnięto. W zadymionych papierosami pokojach do świtu palą się światła, rozłożone na stołach mapy łódzkiego województwa - szczególnie południowa jego część - Radomsko, Piotrków, Wieluń, Łask, Sieradz - pokrywają się gęstą siecią chorągiewek, oznaczających działanie band. Jakby tę część województwa pokryła ciężka gradowa chmura, raz po raz dająca o sobie znać błyskawicą.
        Z WU, z koszar KBW codziennie wyjeżdża na akcje kilkanaście wyładowanych ludźmi samochodów. Wracają przerzedzeni, karoserie wozów noszą ślady kul. Zasadzki na bandy nie udają się, jakby je ktoś o nich uprzedzał. Wysłani w teren wywiadowcy, giną od kul zanim dotrą do celu. Ktoś zdradza plany operacji i obław. A poza tym, jak napisano w analizie sytuacji w tym okresie:
        „...metody, jakie stosujemy dotychczas, są niewystarczające nie tylko dla zlikwidowania działalności band, lecz nawet dla zabezpieczenia się przed nimi, gdyż mają charakter od przypadku do przypadku. Sterroryzowana przez bandy ludność miejscowa, nie widząc w terenie należytego oparcia z naszej strony, nie daje potrzebnych informacji, a jeśli daje, to są one spóźnione. Duża masa wojska użyta - jak stosowaliśmy dotychczas - płoszy tylko na pewien czas bandy, zmuszając je do przerzucania się z jednego miejsca na drugie, zrywa rozpoczęte i nie zakończone rozpracowania i robi na pewien czas pozorny spokój w terenie, na którym w kilka dni później po opuszczeniu go przez nasze wojska, działalność bandycka nie tylko, że odnawia się, lecz występuje w ostrzejszej formie...”.
        W niektórych gminach powiatu Piotrków, Wieluń i Radomsko władza ludowa istnieje tylko w dzień. W niektórych gminach w ogóle nie ma władzy. Nocami wszędzie jest władza podziemna, a kto w dzień wyraził choćby słowem sympatie dla Polski Ludowej - ginie. O takim przychodzi wieść zapisana na telefonogramie z czarnym jak klepsydra nagłówkiem. Niekiedy jednego dnia przybywa ich po kilka z najróżniejszych miejscowości, a prawie w każdym wypadku pada imię: Warszyc...
        Czyżby był wszechobecny? Jednocześnie w Piotrkowskiem, w Wieluńskiem, w Radomszczańskiem, w Łaskim? Któż to jest ten "Warszyc"? Jakimi siłami dysponuje, że od razu potrafi dać o sobie znać z dziesiątków wiosek? Kto mu służy, że nie udaje się na niego ani jedna zasadzka, że giną wysłani przeciw niemu ludzie? W Radomszczańskiem opowiadają o nim cuda. Tak, widzieli go, wczoraj, sam jeden rozbroił 100 żołnierzy. Nie boi się nikogo; strzelali do niego; kule się go nie imają... Stoi na czele 20 tysięcy żołnierzy leśnych. Ma swych ludzi wszędzie, w każdej instytucji, w każdej wiosce, w każdej gajówce… Nawet w "Bezpieczeństwie".
        ..."Warszyc" jest nieuchwytny. Nikt nic o nim nie wie, czasami wydaje się, że to tylko mit, legenda, że go nie ma wcale. Ale jest! Jest przecież ten rachunek, zrobiony skrupulatnie jakby na sklepowe sprawunki:
        „W ostatnim kwartale br. bandy leśne dokonały w województwie łódzkim 350 napadów.
        W wyniku ich zostało zabitych:
        2 funkcjonariuszy UB,
        15 funkcjonariuszy MO,
        2 członków PZPR,
        2 żołnierzy WP
        i 17 osób cywilnych (razem 38 osób).
        Zrabowano: 2 rkm, 32 automaty, 17 kb, 15 pist., 12 granatów, 215 sztuk amunicji oraz 8 366 240 zł gotówką oraz towary o nie ustalonej wartości.
        W celu zlikwidowania band WUBP Łódź przeprowadził: 118 operacji, w wyniku których zabito 10 bandytów, raniono 3, ujęto 15, zdobyto: 3 ckm, 3 rkm, 25 automatów, 36 kb, 52 pist., 1 miotacz min, 55 pięści p/p, 102 miny, 2 622 sztuki amunicji...”.
        Oto bilans jednego kwartału. W jednym województwie. W rok po wyzwoleniu, w ponad pół roku od oficjalnego zakończenia wojny...

 

IV. Trop był tuż...

        Ileż jest w życiu przypadków, które dopiero ujawniają się po latach. W jednym z segregatorów archiwum Ministerstwa Spraw Wewnętrznych prawie sąsiadują z sobą dwa dokumenty. Jeden jest sprawozdaniem oficera śledczego, który poszukując tropu osławionego mordercy z Bolesławca "Rudego", przebywał pod koniec grudnia w Wieruszowie. Drugi zaś protokołem przesłuchania niejakiego Zenona W., aresztowanego w 1948 roku w wojsku. Zenon W. należał do bandy "Rudego" i zeznaje, że tego samego grudniowego dnia 1945 r... Ale czy ów oficer śledczy śmiał przypuszczać, że na strychu kościoła, który tylekroć obrzucał obojętnym spojrzeniem, kręcąc się po wyboistych uliczkach Wierszowa?... Że na cmentarzu w samotnej kaplicy?... Oficer śledczy nic w Wieruszowie nie odkrył. A był tak blisko tropu "Rudego"...

***

        Do bandy "Rudego" wciągnął Zenona W. niejaki Cyryl O., wieruszowski restaurator. Takich jak Zenon W. było w grupie, stworzonej przez Cyryla O. ośmiu. Jak napisano w protokole:
        „...Wymienieni zebrali się w mieszkaniu W., a następnie udali się do mieszkań księży w Wieruszowie, gdzie w jednym z pustych pokoi nastąpiło zaprzysiężenie, po czym rozdanie broni i przemowa niejakiego Szmai M., który powiedział m.in.:
        „Od dzisiaj, chłopcy, należycie do bandy "Rudego". Otrzymaliście broń i od dnia dzisiejszego bierzemy się do roboty. Każdy z was musi tę broń pilnować, nikomu o niej nie mówić, a na wezwanie z tą bronią się stawić. Nie bójcie się, chłopcy, niedługo nam czekać, aż ten komunistyczny rząd się zmieni, a wtedy będzie nam dobrze”.
        W dwa tygodnie później Zenon W. upił się w restauracji i do nie znanych mu osób wykrzykiwał, że posiada broń - "Stena", że jak będzie chciał, to ich zastrzeli. Przerażeni pozostali członkowie grupy postanowili czym prędzej ukryć broń, a "Sten" Zenonowi odebrać. I owego dnia, gdy oficer śledczy na próżno kręcił się po uliczkach Wieruszowa - na strychu kościoła grupa z bandy "Rudego" rozkładała 10 "Stenów" i MP, trzy miotacze ognia, jeden rkm, 10-strzałowy karabin, 20 granatów, 2 pistolety, parabellum, skrzynki amunicji do rkm.
        A o północy załadowali broń w brezentowe płachty i, ukrywając się pod murami domów, zanieśli ją do stojącej samotnie na cmentarzu kaplicy. Broń ułożyli w znajdujących się tam trumnach...
        Ale wyjmowali ją stąd jeszcze nieraz...

        (d.c. w czwartkowym numerze)

nr 96, str. (?)


 

V. Porucznik S. zawiadamia...

        ...Odprawa w Urzędzie Bezpieczeństwa miała się ku końcowi. Pułkownik M. po raz ostatni podszedł do rozwieszonej na ścianie mapy i jeszcze raz powtórzył ostatnie zadanie. Długim kijkiem wskazywał na mapie poszczególne obiekty:
        - A więc, jak mówiłem, tu w kwadratach 42-18, w Sieradzkiem, działa banda "Błyskawicy", dowodzona przez pseudo "Paweł". Banda, jak donosi nasze rozpoznanie, zorganizowana została w Poznańskiem, tam jest jej główna baza, ale często przechodzi na teren powiatu sieradzkiego. Jej działalność, to rabunek o charakterze antypaństwowym. W skład bandy stale wchodzi około 30 ludzi, uzbrojonych średnio. O ile nam wiadomo, polityczne zabarwienie tej bandy: nie zalegalizowane AK... W Wieluńskiem w kwadratach 30-78 działa ciągle agresywna banda "Tartak" - "Otta" i "Rudego". Skład bandy: 40 ludzi uzbrojonych w cekaemy, pancerfausty, broń automatyczną. Według powierzchownego rozpoznania do bandy należy około 800 ludzi, ale w oddziale leśnym jest ich najwyżej 40... Operacje przeciw nim przeprowadzimy jutro, siłami: 1 oddział KBW (pluton), 1 drużyna zwiadowcza, grupa MO i UBP.
        - A co z oddziałami "Warszyca", obywatelu pułkowniku? W Radomszczańskiem ludzie opowiadają sobie na ucho, że dostaliście od niego... wyrok śmierci - zapytuje porucznik S.
        Pułkownik wzrusza ramionami.
        - Mówią prawdę. Wyrok mają wykonać w ciągu sześciu tygodni. Dziś w nocy jadę w Radomszczańskie. Kto wie, może ułatwiam im robotę?...
        Odprawa skończyła się o wpół do dwunastej w nocy. A o pierwszej motocykl porucznika S. zatrzymał się na Chojnach, w jednej z wąskich uliczek, docierających do toru kolejowego. Porucznik dwa razy przycisnął klakson. Pierwszy raz długo, żałośnie, drugi raz - krótko, raptownie.
        Po chwili na piętrze jednego z małych dwurodzinnych domków - trzykrotnie zabłysło światło. Wtedy porucznik S. wprowadził motocykl do małego ogródka i po drewnianych schodach wspiął się na piętro.
        Otworzył mu drzwi wysoki, barczysty mężczyzna w kalesonach. Klakson zbudził go widać ze snu. Ziewał, twarz miał obrzękłą. Chyba pił, bo jeszcze „jechało” od niego wódką. Na stole stała pusta półlitrówka i talerzyk z kawałkiem ogórka kiszonego.
        - Noooo? - ziewnął barczysty w kalesonach.
        Porucznik S. ze złością rzucił na łóżko swój szynel oficerski i czapkę.
        - M. pojechał przed chwilą w Radomszczańskie. Ale dopiero niedawno się o tym dowiedziałem. Nie zdążylibyśmy zrobić na niego zasadzki. Zawiadom "Warszyca", że postanowili go rozpracować przez agentów i przez dezerterów. Rozumiesz? Ktoś niby zdezerteruje z KBW i ucieknie do lasu, do naszych oddziałów. Zostanie członkiem grupy i zacznie „sypać”. Strzeżcie się dezerterów! Dla większej jasności, jak się taki zjawi w oddziale, kropcie w łeb bez pardonu. Kilku niewinnych zginie, ale między nimi wytrzebimy i przyszłych zdrajców. Innej rady nie ma. Ludzi jest dosyć. Właśnie dezerterami rozpracowali "Tartaka" w Wieluńskiem. Dziś na odprawie otrzymaliśmy dokładne informacje o planie likwidacji "Otta" i "Rudego". Masz z nimi kontakt bezpośredni czy na „skrzynkę”? Trzeba ich uprzedzić...
        Odsunął na stole butelkę i talerz, żeby zrobić miejsce na swoje papiery.
        - Piłeś tu z kimś? - zagadnął.
        Barczysty mężczyzna zapalił papierosa.
        - Nie słyszałeś, co dzisiaj nadawał "Londyn"? W Londynie mianowano "Warszyca" generałem. Słyszałeś, bratku? Generałem. Z porucznika skoczył w generalskie szlify.
        - Z kapitana.
        - Jaki on tam kapitan. Porucznik. To w konspiracji dali mu kapitana. Nie bój się, nas też na pewno awansują. I to niedługo. "Warszyc" zamierza akcję. Akcję, która cały świat zadziwi. Napijesz się? Mam jeszcze trochę w drugiej butelce. No, napij się, za generała "Warszyca"! Za zdrowie generała "Warszyca"!
        - Myślisz, że przyjmie ten awans? Na pewno nie. On wie, co sądzić o Anglikach i Amerykanach. Sam słyszałem, jak mówił, że oni nas zdradzili, że pozostawili nas na pastwę komunistom.
        Wypili po kieliszku, zakąsili kawałkiem ogórka.

 

VI. Czy "Żbik" wyruszy na łowy?...

        Pewnego grudniowego dnia 1945 roku do jednej z cel więzienia śledczego, gdzie siedział aresztowany przed kilkoma dniami członek oddziału "Warszyca", wszedł oficer, major K. Więzień leżał na pryczy. Na widok majora wstał, potem znów kucnął. Major krótką chwilę rozglądał się po celi, potem usiadł na pryczy obok więźnia. Wyciągnął z kieszeni papierośnicę, podsunął ją więźniowi.
        - Proszę, niech pan zapali...
        W milczeniu zaciągali się dymem. Za okutymi żelazem drzwiami słychać było monotonne kroki wartownika, przez nieduże jak dłoń zakratowane okienko sączyła się szczypta przysłoniętego pokrywą światła. Było tu chłodno od grubych murów, cuchnął z kąta kubełek z brudami.
        - Pan chyba domyśla się, że w takiej celi, być może, wypadnie panu spędzić czas aż do końca życia... - zaczął cicho major K.
        Więzień przełknął głośno ślinę.
        - Pan nie zna osobiście "Warszyca", prawda?
        - Powiedziałem już w śledztwie. Nie znam. Byłem tylko pionkiem w jednym z licznych jego oddziałów - warknął głucho więzień.
        - Jest pan taki młody. Dwadzieścia osiem lat...
        Znowu długą chwilę milczeli, zaciągając się papierosami. Wreszcie major rzucił papierosa na kamienną podłogę, przydeptał butem.
        - ...szantażowali mnie! Powiedzieli, że jeśli nie wstąpię do oddziału, rozwalą. Znali mnie z konspiracji! - nagle histerycznie wybuchnął więzień.
        Major zwrócił ku niemu twarz i wyrzekł cicho:
        - Wiem o tym. Dlatego do pana przyszedłem. Chcę panu zaproponować wolność...
        Więzień poruszył się niespokojnie.
        - ...pod warunkiem: wróci pan do lasu, do "Warszyca" i zacznie pan pracować dla nas, powiedzmy jako "Żbik".
        Więzień zerwał się z pryczy.
        - To podłość proponować mi coś podobnego! To niemoralne!
        Major wyjął nowego papierosa. Zapalał go wolno, dokładnie, jakby czekając aż tamten opanuje swoje nerwy. Potem zaczął powoli, cedząc słowa:
        - Niemoralne i podłe z naszej strony byłoby pozwolić, aby "Warszyc" i jego oddziały, które w tak bestialski sposób mordują dziesiątki naszych wspaniałych ludzi, które paraliżują gospodarkę naszego kraju, ustroju (a ginęło także za niego tysiące naszych najwspanialszych ludzi), powtarzam, niemoralne byłoby zezwolić, aby "Warszyc" i jego oddziały dalej mordowały, dalej grabiły i niszczyły. "Warszyc" musi zostać pokonany, rozbity, musi stanąć przed sądem żywy i ponieść karę za swoje zbrodnie. Czy to, co panu proponuję, jest niemoralne? Nie wiem. Być może szlachetniej byłoby walczyć z "Warszycem" twarzą w twarz. No, rzecz w tym, że on nie chce z nami walczyć twarzą w twarz, że napada na nas zdradziecko, że po wsiach morduje ludzi zupełnie bezbronnych. On nie walczy z nami w sposób piękny i szlachetny, zresztą żadna wojna nie jest piękna, ani szlachetna. Nasyła na nas dziesiątki szpiegów, którzy wchodzą do naszej administracji, do sądownictwa, do prokuratury, do władz, do wojska. Jestem pewien, że w tym gmachu więziennym niejeden człowiek służy nie nam, a jemu. Potwierdzają to fakty - ucieczki z więzień, nasze udaremnione nieraz próby rozbicia band.
        I major dodaje:
        - Pan pyta mnie, co jest moralne, a co niemoralne? Niech się pan o to zapyta żon tych wszystkich mężczyzn, których "Warszyc" zamordował. Pan przecież wie, na kim dokonano morderstw. A ilu jeszcze ludzi zginie z jego ręki? Gdybyśmy nie próbowali go unicestwić, postąpilibyśmy niemoralnie. Oskarżyłyby nas wszystkie jego zbrodnie, dokonane, i te, które jeszcze zostaną dokonane... Ileż istnień zdoła pan przez to uratować? Iluż ludzi uniknie dzięki temu śmierci? Setki ludzi, którzy unikną śmierci z rąk "Warszyca" będzie pana błogosławić, modlić się za pana, jeśli ceni pan modlitwę ludzką...
        Więzień ściskał dłońmi rozgorączkowaną głowę.
        - Jaka jest pańska odpowiedź? - zapytał major, podnosząc się z pryczy.


 

VI. Czy "Żbik" wyruszy na łowy?...

        (D.c. w numerze sobotnim)

nr 98, str. (?)

[Pewnego grudniowego dnia do wsi Wągłczew w pow. sieradzkim przyszli od strony lasu dwaj bardzo tajemniczy osobnicy.]

        Potem major K. dodał:
        - Sprawa jest przesądzona: czas pracuje dla nas, a nie dla "Warszyca". I choć dziś jeszcze w potyczkach z nami on bywa częściej zwycięzcą, choć straty w ludziach mamy od niego większe, to jednak w ostatecznym rachunku zwycięstwo będzie po naszej stronie. My mamy program polityczny i gospodarczy, on go nie ma. - Jego działanie obliczone jest na krótką metę: strzelać i rżnąć PPR-owców, stosować terror wobec władzy ludowej. Coraz więcej państw poczyna oficjalnie uznawać rząd w kraju, z tym na emigracji przestają się liczyć. Jak długo "Warszyc" będzie mógł zwodzić swą wielotysięczną armię podziemną obietnicą rychłej wojny, która ma zmienić sytuację polityczną w Polsce? Ludzie nie chcą wojny, ludzie mają jej dosyć po pięciu latach. Program obliczony na rychłą wojnę musi ponieść fiasko. Ludzie z oddziałów "Warszyca" poczynają przeżywać rozczarowanie, zaczną od niego odpadać, stronić, przestaną wykonywać rozkazy. Terrorem niewiele wobec nich wskóra...
        Więzień milczał. Więc major K. mówił dalej:
        - Przed panem, jednym z niewielu, jest szansa, możność ponownego dokonania wyboru: czy razem z "Warszycem" zasiąść na ławie oskarżonych, czy stanąć po naszej stronie przeciw "Warszycowi". Proszę się namyślić, proszę wybrać. Jeśli powie mi pan: „Zgoda”, za dwa dni osobowy „Willis” Urzędu Bezpieczeństwa będzie pana i jeszcze dwóch więźniów (takie nic nie znaczące „warszycowe” płotki) odwoził do więzienia w Sieradzu. Eskortować was będzie tylko jeden żołnierz. Ten żołnierz zmęczony długą jazdą zaśnie w pobliżu lasu przed Męcką Wolą. Na kolanach będzie miał automat. W pewnym momencie pan uwolni ręce z kajdanków...
        Więzień oblizał językiem zeschnięte wargi.
        - ...wyrwie pan żołnierzowi automat, sterroryzuje go i szofera, każe przystanąć w lesie. Tu wezwie pan obu więźniów do ucieczki i wraz z nimi zbiegnie pan w las. Ci dwaj więźniowie muszą wraz z panem uciec, aby pańska ucieczka nie wydała się nikomu podejrzana. Oni to dadzą świadectwo „prawdzie”, że pan naprawdę uciekł. Zadaniem pańskim będzie wkręcić się do oddziału stykającego się bezpośrednio z "Warszycem" - do ochrony jego sztabu. W terminie dwóch tygodni - od dnia ucieczki - będę oczekiwał pierwszych informacji od... "Żbika". Proszę adresować bezpośrednio do mnie: Major K.

***

        Jeszcze sto metrów i zacznie się las przed Męcką Wolą. Późny wieczór, smugi reflektorów „Willisa” suną po gładkiej kostce drogi. Kierowca świadomy, że czarny wylot automatu wymierzony jest w jego plecy, kurczowo wczepił ręce w kierownicę. Żołnierz z eskorty ma oczy rozszerzone strachem, a ręce podniesione do góry. - Teraz! Uciekać, bracia!... - krzyczy "Żbik" - bo tak się odtąd będzie nazywał.
        Trzy sylwetki wyskakują z wozu, staczają się do głębokiego rowu. Potem długa, wystrzelona w powietrze seria z automatu przecina leśną ciszę. Szelest krzaków obrastających drogę, trzask łamanych gałązek. I "Żbik" wraz z dwoma uwolnionymi więźniami ginie w ciemności leśnej.


 

VII. Oko w oko z "Warszycem"

        Pewnego grudniowego, bezśnieżnego dnia do wsi Wągłczew w gminie Wróblew w pow. sieradzkim przyszło od strony niedalekiego lasu - dwóch tajemniczych osobników. Z pozoru nie odznaczali się niczym, co mogłoby ich wyróżnić spośród innych ludzi, odwiedzających wioskę. Nikt też na nich nie zwrócił uwagi. Ale w życie Władysława Bobrowskiego, syna jednego z tamtejszych chłopów - wnieśli zamęt, grozę, przestępstwo.
        Może by dziś Władek Bobrowski obsiewał w swej wiosce kawałek ojcowskiego pola? Może byłby robotnikiem w którejś z naszych fabryk? Obarczony rodziną, dziećmi, przeżywałby takie jak wszyscy troski i kłopoty. Los jego jednak inną potoczył się koleiną. Dwóch tajemniczych osobników zaprowadziło go na ławę oskarżonych. Bobrowskiemu wymierzono karę śmierci. Prezydent skorzystał z prawa łaski, darowano mu życie, ale skazano na bezterminowe więzienie. Dwaj osobnicy nie byli dla Bobrowskiego tajemniczymi nieznajomymi. Znał ich dobrze z konspiracji akowskiej w czasach okupacji. Tak o spotkaniu z nimi zeznawał przed sądem:
        „...W czasie okupacji należałem do organizacji ZWZ w Sieradzkiem. Po wyzwoleniu, 25 maja 1945 roku złożyłem podanie na ręce premiera rządu Jedności Narodowej ob. Osóbki-Morawskiego. Odpowiedź otrzymałem przychylną. Na tej podstawie zgłosiłem się w PUBP celem załatwienia formalności ujawnienia się. Po ich załatwieniu przeprowadziłem wyjście z konspiracji oddziałów AK w pow. sieradzkim w obecności przedstawiciela Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Podobną akcję chciałem wykonać na terenie pow. Wieluń, lecz spotkałem się z odmową ówczesnego komendanta AK, ps. "Stach". Nazwiska jego nie znam. "Stach" nazwał mnie zdrajcą i powiedział, że odpokutuję za swój czyn. Sam wyjechał na zachód, gdzie go aresztowano, gdy chciał przekroczyć granicę.
        Powróciłem do rodzinnej wioski, gdzie matka moja miała trzymorgowe gospodarstwo (ojca zamordowali Niemcy). W grudniu przyszli do mnie z Wieluńskiego pp. "Jerzy", nazwiskiem Kwapisz, którego znałem z pracy konspiracyjnej podczas okupacji, i podporucznik "Antoni", którego nie znałem, a który przedstawił mi się jako Komendant Obwodu Wieluń (konspiracyjnego AK). Obydwaj powiedzieli mi, że jakkolwiek jestem zdrajcą, przyjechali, aby mnie zaangażować do roboty, która jest dalszym ciągiem pracy w AK. Po dłuższej rozmowie odpowiedziałem im jednak, że spełniłem swój obowiązek wobec ojczyzny i nie widzę powodu, by powtórnie znaleźć się w konspiracji. Na tym skończyła się nasza rozmowa.
        Lecz oni po krótkim czasie przyszli do mnie po raz drugi. Oświadczyli wówczas: albo wstąpisz do konspiracji, albo zginiesz z naszych rąk jako zdrajca narodu...

        (D.c.n.)

nr 100, str. (?)

        „Kiedy powiedzieli mi: albo wstąpisz do konspiracji, albo zginiesz z naszych rąk jako zdrajca - zeznawał Władysław Bobrowski) - wówczas zastanowiłem się i po pewnym wahaniu zgodziłem się na współpracę z nimi.
        Żądano ode mnie, abym się rozejrzał za ludźmi, których można by zaangażować do pracy w konspiracji, dano mi pseudonim "Szary". Potem kazano przygotować się do wyjazdu do Radomska, gdzie otrzymam bardziej konkretne zadania. Wezwaniem do przyjazdu miał być telegram z zaproszeniem na zaręczyny...
        Czekając na wezwanie z Radomska przeprowadziłem rozmowę z Antonim Bartolikiem z Sieradza, który zgodził się zorganizować grupę S.O.S.) pseudo "Józef", następnie rozmawiałem z ppor. Alfonsem Pawlakiem również z Sieradza, który zgodził się zostać kwatermistrzem powiatu.
        Otrzymałem wreszcie telegram z zaproszeniem na zaręczyny. Zgodnie z umową zgłosiłem się na stacji kolejowej Siemkowice, gdzie już na mnie ktoś czekał. Zawieziono mnie do Radomska, wprost do adiutanta "Warszyca".
        Z adiutantem "Warszyca" rozmawialiśmy na różne tematy chyba ze trzy godziny. Zwierzyłem mu się ze swoich wątpliwości co do pracy w konspiracji. Wówczas łączniczka zaprowadziła mnie bezpośrednio do "Warszyca".


 

VIII. Rozmowa z "Warszycem"

["Warszyc" potrafił pięknie mówić o swej walce. Lecz w praktyce wyglądała ona tak, jak na tym autentycznym zdjęciu: wyciągnięty z domu, w bieliźnie człowiek, zabity tylko za to, że sympatyzował z PPR (Zdjęcie archiwum do sprawy "Warszyca").]

        Pokój, w którym Władysław Bobrowski spotkał się z "Warszycem" był niewielki, zastawiony staroświeckimi sprzętami, z wielką wysiedzianą kanapą pokrytą zakurzonym pledem. Obok kanapy stała etażerka pełna książek, ale książki nie interesowały Bobrowskiego. Od momentu, gdy łączniczka wprowadziła go tutaj i pozostawiła samego - całym wysiłkiem woli starał się opanować zdenerwowanie spowodowane obawą. Świadomość, że oto za chwilę oko w oko spotka się z prawie legendarnym watażką i wodzem podziemia, dowódcą wielu działających w lesie oddziałów, człowiekiem, o którym śpiewano pieśni i układano wiersze - człowiekiem strasznym, gdy zabijał, sprytnym jak lis, gdy próbowano go schwytać - ta świadomość podniecała jego ciekawość. Ale jednocześnie lękał się. Lękał się tego, co kiedyś zrobił. Czy nie odpokutuje za ujawnienie AK-owskich oddziałów w Sieradzkiem? Jak "Warszyc" przyjął wiadomość, że Bobrowski niezbyt chętnie wstąpił ponownie do konspiracji? Czy "Warszyc" wbiegnie do pokoju z krzykiem, z wymyślaniami, będzie mu groził rewolwerem?...
        Po wsiach nocami opowiadano o "Warszycu", że jest wysoki i silny jak niedźwiedź, ale gdy chce - umie być łagodny, tkliwy.
        Stuknęły drzwi. Wszedł cicho mężczyzna średniego wzrostu, raczej szczupły, przystojny blondyn, niebieskooki, o pociągłej miłej twarzy. Lat mógł mieć około trzydziestu pięciu, uśmiechał się przyjaźnie, łagodnie, ośmielająco.
        Podał Bobrowskiemu rękę i gdy ten stał przed nim wyprostowany, meldując swe przybycie - zaprosił go gestem dłoni, aby usiadł na kanapie. Sam przykucnął na krześle tak, aby mieć przed sobą twarz Bobrowskiego.
        - Mówiono mi, że pan waha się rozpocząć z nami pracę. Mówiono mi, że pan uznał, iż pański obowiązek względem ojczyzny został wykonany, ojczyzna nie ma od pana prawa niczego więcej wymagać. No cóż, nie pan jeden myśli podobnie. Dlatego tym bardziej cenne jest każde gorące serce, które nie przestało bić dla ojczyzny. Dlatego każdy nasz wysiłek ceni się dziś podwójnie, ba, dziesięciokrotnie więcej niż w czasach okupacji. Albowiem teraz trudniejsza jest walka. Trudniejsza jest nasza sytuacja. Ale i ojczyzna w dalszym ciągu jest w niewoli i żąda od nas ofiar, serca, miłości, czynów...
        Bobrowski spodziewał się zobaczyć "Warszyca" takim, jakim opisywała go legenda. Spodziewał się zobaczyć człowieka owiniętego taśmami nabojów, uzbrojonego w trzy pistolety, z granatami u pasa. Przecież ciągle, nieustannie groziło mu niebezpieczeństwo! Przecież ciągle, nieustannie czyhały na niego setki przeciwników. Tam gdzieś w komitetach partyjnych, koszarach wojskowych, w urzędach bezpieczeństwa opracowywano plany ujęcia tego człowieka...
        A oto "Warszyc" stał przed nim. Ubrany po cywilnemu, w wyszarzałym garniturku.
        "Warszyc" mówił dalej łagodnie, spokojnie, jakby do samego siebie). Nie patrzył na Bobrowskiego, lecz w okno, za którym świeciło zimowe blade słońce:
        - Rok 1945 był rokiem zwycięstwa nad zbrodniczym hitleryzmem, ale nie był dla nas ostatecznym zwycięstwem. Wykazał on ponadto, że krzywda może nas spotkać nie tylko od wrogów, ale i od przyjaciół. Nadzieje pokładane w angloamerykańskich sprzymierzeńcach - niestety zawiodły. Polska jest dla nich tylko martwą pozycją kalkulacji politycznych. Nie pamiętają teraz, że mają do czynienia z żywym organizmem, społecznością, wobec której obowiązują zasady międzynarodowej i ludzkiej etyki. Zapomnieli, że naród ten, naród polski dla sprawiedliwości i wolności swej przelał tyle krwi, iż wykąpać mógłby się w niej, iż wystarcza, aby ta krew odkupiła nie tylko błędy pokoleń Polaków, ale i błędy narodów świata...
        "Warszyc" mówił dalej:
        - Darowano nam Polskę. Ustanowiono w niej obce rządy, jakbyśmy czekali przez sześć lat wielkich zmagań na koniec wojny z założonymi rękami. Jakbyśmy nie toczyli krwawych, najkrwawszych na kuli ziemskiej walk i jakbyśmy nie przerośli naszych rzekomych dobroczyńców gotowością do poświęceń. Tak jest: stworzono Polskę, Polskę bez nas, którzy lata wojny poświęcili na walkę, przelewali krew, ginęli. Niech pan sam powie, Bobrowski - nagle zwrócił się do niego - jaka nagroda spotkała pana za to, że przez tyle lat wojny walczył pan w szeregach AK, że narażał się pan, że pański ojciec zginął z rąk hitlerowców? Aresztować pana chcieli. W obawie aresztowania ujawnił pan siebie i całą swą grupę. Oto nagroda za bohaterstwo... - zaśmiał się ironicznie z goryczą. - Zaś nagroda za moją walkę przez tyle lat, za poświęcenie - stryczek w UB lub w najlepszym razie rozstrzelanie przez Sąd Wojskowy.
        Władysław Bobrowski tylko zaciskał zęby. Tak, słowa "Warszyca" trafiały do niego...
        A "Warszyc" mówił dalej:
        - Jeśli Polska za okupacji niemieckiej poświęciła dla uzyskania wolności 6 milionów obywateli, w tym 2 miliony swych najlepszych synów, to obecnie dla tego samego celu nie może się zawahać pozbyć tych kilku, czy kilkudziesięciu tysięcy. Nie jest przestępstwem likwidować tych, którzy wstąpili do PPR, którzy poszli na pasku komunistów...
        Nagle "Warszyc" zamilkł. Chwilę oddychał ciężko zmęczony własnymi słowami. W pokoju panowała cisza, na książkach na etażerce igrały promyki światła.
        "Warszyc" cicho zapytał:
        - Czy jest pan zdolny złożyć dziś przysięgę na wierność ojczyźnie?
        - Tak... - równie cicho odpowiedział Bobrowski. Wówczas "Warszyc" wziął do ręki stojący na etażerce między książkami krucyfiks, ucałował go, dał do pocałowania Bobrowskiemu i kazał powtarzać za sobą, trzymającemu dwa palce na krzyżu:
        - „W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii, Królowej Korony Polski, przysięgam być wiernym...”
        A kiedy przebrzmiały słowa przysięgi, "Warszyc" wyrzekł uroczyście:
        - Od dziś nazywasz się "Błyskawica". Jesteś komendantem powiatu Sieradz...
        Tak rosła banda "Warszyca".

        (d.c.n.)

nr 102, str. (?)

 

IX. Czy przyjdzie raport od agenta "Żbika"

[Bandy "Warszyca" były nie tylko doskonale uzbrojone, ale i wyszkolone. Oto scena ćwiczeń wojskowych, nauka, jak należy przeprowadzać rewizję u napotykanych ludzi. (Zdjęcie to znaleziono w torbie łączniczki jednego z oddziałów).]

        Major K. niecierpliwił się. Już trzy tygodnie minęły od dnia, w którym "Żbik" umknął w las, aby dostać się w szeregi oddziałów "Warszyca". Po dwóch tygodniach miał nadesłać pierwszy meldunek o swej robocie. Tymczasem...
        - Może zginął - zastanawiał się major - może domyślono się, kim jest naprawdę? Może ciało jego leży gdzieś na ścieżce leśnej z przypiętą do piersi karteczką: „zdrajca”?... Ale przecież nikt oprócz nich dwóch - "Żbika" i majora K. nie był przy tej pamiętnej rozmowie w celi więziennej, nie mógł się więc dowiedzieć o tej rozmowie wywiad "Warszyca".
        - A może "Żbik" zdradził majora K.? Może uciekł do oddziałów leśnych i opowiedział tam, jaką rolę kazano mu odegrać? I tak przecież bywało...
        Major K. niecierpliwi się. Czy przyjdzie raport od "Żbika"?

***

        Tymczasem w WUBP w Łodzi w „raporcie specjalnym” dla ministerstwa próbowano podsumować wszystkie informacje, wiadomości i rozpoznania, dotyczące grasujących w Łódzkiem oddziałów leśnych "Warszyca". W gruncie rzeczy jakże skąpe jeszcze w owym czasie były te wiadomości. Oto fragmenty „raportu specjalnego”:
        „W okresie okupacji hitlerowskiej na terenie woj. łódzkiego, pow. Radomsko przejawiała działalność organizacja konspiracyjna typu sanacyjnego ZWZ, która w następnej fazie przekształciła się w AK. Stanowisko I zastępcy komendanta obwodu zajmował pseudo "Warszyc", któremu podlegały wszystkie placówki i oddziały leśne. Niezależnie od tego ps. "Warszyc" posiadał do swej dyspozycji oddział leśny w sile 150 ludzi.
        Z chwilą wyzwolenia terenów woj. łódzkiego spod okupacji - "Warszyc" wraz z podległymi mu ludźmi pozostaje nadal w podziemiu. Gdy w 1945 r. ujawnia się "Radosław" i jego grupa - "Warszyc" w specjalnym liście określa go jako zdrajcę i postanawia dalej prowadzić walkę, tym razem przeciw działaczom politycznym, UB, MO i KBW. W 1945 roku "Warszyc" zmienia nazwę swego oddziału z AK na "Konspiracyjne Wojsko Polskie", kryptonim "Lasy". Działalność "KWP" przejawia się szczególnie na terenie powiatów: Radomsko, Piotrków, Wieluń, Łask (woj. łódzkie), a także częściowo w woj. poznańskim, kieleckim oraz katowickim.
        Całość "KWP" dzieli się - o ile nam wiadomo - na 10 batalionów:
        1) kryptonim "Zamek", dowódca: ps. "Janusz", obejmujący swą działalnością powiat Radomsko. "Zamek" dzieli się na 4 kompanie pod dowództwem: ps. "Semko", ps. "Roch", ps. "Komar", ps. "Zawisza";
        2) kryptonim "Turbina", dowódca ps. "Błyskawica". Działalność pow. Wieluń. Bliższych danych, dotyczących podziału na kompanie - brak;
        3) kryptonim "Biwaki", dowódca ps. "Grot", działalność pow. Piotrków. Bliższych danych brak;
        4) kryptonim "Młocarnia", dowódca ps. "Błękitny". Działalność pow. Sieradz. Bliższych danych brak;
        5) kryptonim "Bruk". Dowódca ps. "Wiktor", działalność pow. Łask, bliższych danych brak;
        6) kryptonim "Graby", dowódca ps. "Robak", działalność pow. Włoszczowa, bliższych danych brak;
        7) kryptonim "Akacja", dowódca ps. "Postrach", działalność pow. Łódź, bliższych danych brak;
        8) kryptonim "Dęby", d-ca ps. "Drabina", działalność powiat Zawiercie. Bliższych danych brak;
        9) kryptonim "Erg", d-ca ps. "Klimczok", działalność Śląsk, bliższych danych brak;
        10) kryptonim nie ustalony, działalność pow. Częstochowa, bliższych danych brak...”

***

        „Bliższych danych brak”... Tak, brakowało tych danych. Odczuwano tylko silne uderzenia „warszycowych” band, ale ani się spodziewano, skąd ich należy oczekiwać...
        Według bardzo powierzchownego rozpoznania orientowano się, że "Warszyc" pod swoją komendą i dowództwem posiada około... 6.000 ludzi, doskonale wyszkolonych i uzbrojonych w ciężką i lekką broń maszynową, rusznice przeciwpancerne, granaty i broń automatyczną.
        Wiedziano także, że oprócz dziesięciu batalionów działały jeszcze z rozkazu "Warszyca" tak zwane oddziały SOS czyli "Samoobrona Społeczeństwa". Sztab "Warszyca" dzielił się na „kierownictwo do walki z bezprawiem”, które koordynowało działalność oddziałów o charakterze rabunkowym, dywersyjno-terrorystycznym i propagandowym. Istniał również "Wydział II" dla celów szeroko rozgałęzionego wywiadu gospodarczego, politycznego i wojskowego. W każdym powiecie, gdzie były bataliony "Warszyca", obok dowódcy batalionu działał szef wywiadu na powiat, którego zadaniem było organizowanie agentów "Warszyca" w wojsku, w administracji, prokuraturze i sądownictwie oraz w aparacie partyjnym i bezpieczeństwa.
        Jak się domyślano - "KWP" nie podlegało żadnemu centralnemu ośrodkowi nielegalnych organizacji, aczkolwiek kierownictwo WIN próbowało sobie podporządkować "Warszyca" i jego grupę.
        Tak więc wiadomości o "Warszycu" były skromne. Dlatego major K. tak niecierpliwie oczekiwał pierwszego raportu od "Żbika".

***

        Przyszedł wreszcie ów wyczekiwany skrawek papieru, podpisany tylko jednym słowem: "Żbik". Drżącymi ze zdenerwowania palcami rozrywał major K. papier koperty. A potem pośpiesznie przebiegł wzrokiem napisane zdania...

        (D.c. w sobotę).

nr 104, str. 3


 

X. Może pan kupi większą ilość kogutków?

["Żbik" pisał: „Skrzynka kontaktowa na inspektora lotnej żandarmerii "Prawdzica" - w kasie biletowej na stacji Nowy Kamińsk, w pow. radomszczańskim...”.]

        Agent "Żbik" pisał w pierwszym swym raporcie dla majora K.:
        „...Tymczasem jest mi bardzo trudno działać, nie ufają mi, nie mogę złapać kontaktu do samego W(arszyca), siedzę w „melinie” i czekam skierowania do jednego z oddziałów leśnych. Wiem tylko tyle: szefem II K. w Radomsku jest niejaki pseudo "Wąż". Za okupacji niemieckiej był w NSZ. Rysopis: wzrost średni, szatyn, oczy niebieskie, nosi wąsik angielski. Ma on zrobić pieczątki do lewych dokumentów.
        „Skrzynka kontaktowa” na inspektora żandarmerii lotnej "Prawdzica" znajduje się w Nowym Kamińsku w pow. radomszczańskim, na stacji kolejowej. Trzeba podejść do okienka kasy biletowej i kasjerowi, Marianowi W. szepnąć, że się chce spotkać z "Prawdzicem".
        „Skrzynka kontaktowa” na dowódcę kompanii w pow. Włoszczowa, to sklep niejakiego Stolarczyka we Włoszczowej, ulica Pocztowa. Należy wejść do tego sklepu i zapytać:
        - MOŻE PAN KUPI WIĘKSZĄ ILOŚĆ KOGUTKÓW?
        Odpowiedź winna brzmieć:
        - JAKIE?
        - „KOGUTKI”, PROSZKI.
        - KUPIĘ, PROSZĘ CZEKAĆ...
        I wtedy można już powiedzieć, o co chodzi, że pragniecie się skontaktować z dowódcą kompanii we Włoszczowej...
        "Żbik".
        Skąpo było tych informacji, malutko. Ale to już było „coś”, coś, od czego można zacząć pierwszy ślad tropu. Tylko, czy ten trop zaprowadzi do celu?... A jeśli doniesienie "Żbika" jest zasadzką, pułapką?
        Należy działać ostrożnie. Jak najostrożniej. Przede wszystkim - wziąć pod obserwację kasę w Nowym Kamińsku i sklep we Włoszczowej. Nie płoszyć nikogo. Delikatnie!
        I major K. ujął za słuchawkę telefonu.

***

[Miasteczko Włoszczowa w woj. kieleckim. Ulica Pocztowa i mały sklepik, gdzie należało zapytać: „Czy kupi pan większą ilość kogutków?”.]

        Zimowe miesiące 1945/46 roku przyniosły w naszym województwie falę coraz to innych konspiracyjnych pisemek kolportowanych wśród ludności. Na murach miasteczek ukazywały się drukowane odezwy podziemnych organizacji. Zimowe chłody częściowo sparaliżowały działalność grup leśnych, ludzie podziemia rozbiegli się po domach, po wsiach i miastach. Ale nie zaprzestali roboty. Ten zimowy czas i ograniczone możliwości operacji z bronią wykorzystywali dla ofensywy ideologicznej, propagandowej. Od czasu do czasu tylko dokonywali napadów zbrojnych przede wszystkim na sklepy, banki, aby zdobyć środki finansowe na propagandę, od czasu do czasu wykonywano wyroki śmierci, aby słowa z odezw poprzeć świadectwem „czynu” - jak to nazywali.
        Gdzieś w dokładnie zakonspirowanych „melinach” pisano artykuły, stukały maszyny do pisania, pracowały powielacze. Wiadomo było także, że podziemie ma do swej dyspozycji i drukarnię - w niej to drukowano niektóre odezwy. Tymczasem jednak trop do tych miejsc był niewidoczny, jak drogi w lesie zasypane przez śnieg.

***

        Leży przede mną kilkanaście egzemplarzy „warszycowego” czasopisma "W świetle prawdy", odbijanego na powielaczu. Czytam odezwy podziemia z tego okresu. Artykuły w konspiracyjnych czasopismach są bardzo nierówne, jedne ciekawe, tchnące zapałem, inne - słabe, grafomańskie wypociny. Jedne artykuły ideologiczne przeczą drugim. Pisze się np. że podziemie powinno jednak brać udział w odbudowie ojczyzny, nie paraliżować tej odbudowy, nie niszczyć ojczyzny, choć tę odbudowę prowadzą komuniści, a tuż obok, że należy niszczyć i tępić wszystko w Polsce, co pachnie socjalizmem. W jednym artykule powiada się, że podziemie "Warszyca" stoi na stanowisku pochwały reform, których dokonano w Polsce, w innym - że reformy poszły dalej niż chciał naród i że trzeba się im przeciwstawić. W jednym artykule pisze sam "Warszyc", że w gruncie rzeczy nie ma on nic przeciw PPR, że komuniści mają prawo w Polsce do posiadania swej jawnej partii, ale, że obok PPR powinny istnieć partie podobne do PSL. "Warszyc" pisze: Jesteśmy tylko przeciw hegemonii PPR, przeciw temu, że jest ona partią rządzącą. Tuż obok pisemko konspiracyjne zamieszcza grafomański wierszyk o następującym zakończeniu:
        „My do socjalizmu nie dopuścimy
        I wszystkich demokratów wydusimy
        I wtedy będzie demokracji kres
        - PPR-owcom sprawimy krwawy chrzest”.
        Pisemka konspiracyjne są pieczenią, którą podsmażali najróżniejsi ludzie, o najróżniejszych, nieraz skrajnie faszystowskich, poglądach. Co sądzić na przykład o artykule pochwalającym kielecki pogrom? Co sądzić o artykule pt. "Spuścizna Piłsudskiego"? Albo o ulotce zatytułowanej: "Czy istnieją cuda?", w której anonimowy autor dochodzi do konkluzji: nie, nie ma cudów, ale wszystkiemu winni są... Żydzi. („...Na razie postępujemy inaczej niż w 1920 roku. Wiemy, że naszymi wrogami również są Niemcy, nie mamy jednak czasu na wybór. Musimy się teraz zdecydować, czy ulec bolszewizmowi, czy żyć w Europie wolnej od Żydów? Każdy Polak decyduje się na wybór, tj. pomaga budować tamę przeciw czerwonej zarazie”).
        Kończy się zaś ten artykuł okrzykiem: „Niech żyje Polska od Bałtyku po Morze Czarne”.
        Obok tych kiepskich elaboratów trafiają się utwory tchnące szczerym uczuciem, utwory nie pozbawione poezji. Oto np. fragment z wiersza: "Leśnym śladem":
        „Było zimno...
        Na śnieżnym obrusie polany
        Partyzancki krzyż i na krzyż ziemi
        Głęboko złożone karabiny
        Bezkrwawą zakwitają ofiarą.
        Śnieg prószy. Zasypał juże tonie.
        Zniknęło gdzieś wojsko jak widzenie
        Zielonych jałowców sny. Godzina jest leśna i niczyja
        Na nieboskłonie dogasają świece
        Zimowych gwiazd.
        Fosforyzuje śnieżny mszał wśród jedliny
        Zapisany wersetami czynów tych, co tu walczyli
        - „Et benedicto vobis...”.
        Ale nie były to dni sprzyjające poezji. Częściej niż muzy zawodziły wystrzały broni maszynowej.

nr 106, str. 3

 

XI. Krwawy szlak "Błyskawicy"

[W lesie koło wsi Sniatowa w gm. Dalików, kazano Olejniczakowi wykopać sobie mogiłę...]

        Był początek stycznia, ale mróz ściął Wartę zaledwie przy brzegach. Główny nurt rzeki płynął jeszcze wolny od lodowego pancerza; woda była mętna, gęsta od lodowej kaszy. O świtaniu 6 stycznia 1946 r. jakieś kobieciny ze wsi Popów w pow. tureckim wyszły na brzeg rzeki, podniosły okropny krzyk i przerażone uciekły do wsi.
        ...Wartą płynęły trupy ludzkie. Gęsta woda niosła je wolno, nieruchome jak kłody drzewa. Ciała były całkiem zanurzone, na ciemnej powierzchni nurtu tylko twarze ludzkie połyskiwały białymi plamami. Miejscami głębokie wiry chwytały zwłoki, okręcały je jak w tańcu upiornym, spychały na wysepki i ostrowia. Tak właśnie zatrzymało się u brzegu malutkiej wysepki ciało Mariana Kwapiszewskiego i podnieśli je ludzie z Popowa. Ciała Bednarka nigdy nie odnaleziono; popłynęło gdzieś z prądem, zniknęło w topieli rzecznej, w szuwarach.
        Ludzie, którzy widzieli płynące po rzece zwłoki, odwracali oczy, kryli się po chałupach. W tych czasach nie dobrze było „za dużo wiedzieć”. Ludzie drżeli ze strachu, szeptali:
        - To "Błyskawica"! "Paweł" znowu się wściekł...

***

        Latem 1945 roku na terenie powiatów: sieradzkiego, łęczyckiego, łowickiego, łódzkiego i tureckiego (w Poznańskiem), poczęła grasować banda terrorystyczno-rabunkowa pod dowództwem Józefa Kubiaka - pseudonim "Paweł". Wspólnie z rozbitą w tym czasie grupą "Groźnego" banda "Pawła" dokonała wielu napadów i morderstw. Grupa "Pawła" używała kryptonimu "Błyskawica" i w kwietniu 1946 r. poszła pod komendę "Warszyca", została wcielona do "Konspiracyjnego Wojska Polskiego", kryptonim "Bory".
        Na początku sierpnia tegoż roku grupa "Błyskawica" została rozbita, większość jej aktywu aresztowano, na ławie oskarżonych obok "Pawła" - Kubiaka, zasiadło 28 osób, w tym kilka kobiet.
        Krwawy był szlak "Błyskawicy". W ciągu tak krótkiego stosunkowo okresu czasu działania - grupa ta popełniła około 100 morderstw i napadów rabunkowych na spółdzielnie i sklepy. To "Błyskawica" w październiku 1945 r. napadł na PGR Nakielnica w pow. łódzkim i tu zastrzelił pułkownika Wołosiewicza wraz z żoną.
        Zobaczmy, jakie motywy często kierowały zabójcami, jacy ludzie i za co ginęli z ręki członków grupy "Błyskawica".

***

        „W dniu 5 stycznia 1946 r. Kazimierz Maciejewski ps. "Władysław", uzbrojony w automat i pistolet uprowadził wraz z innymi członkami bandy "Błyskawica" - Kwapiszewskiego i Bednarka ze wsi Kamionacz gm. Rossoszyca, pow. Sieradz. Ludzie ci przez członków bandy zostali rozstrzelani, a ciała zamordowanych wrzucono do Warty. Nie zostały one odnalezione” - napisano krótko w akcie oskarżenia.
        Dziś, po dziesięciu latach od opisanych powyżej wypadków, chłopi w Kamionaczu nie lękają się mówić prawdy. Przed dziesięciu laty, gdy wiele szczegółów tej sprawy było nieznanych, gdy nie odnaleziono jeszcze ciała Kwapiszewskiego, na próżno zachodzili w głowę:
        - Dlaczego zamordowano Bednarka? Przecież to nie był żaden działacz polityczny, nie należał do żadnej organizacji, ot, zwykły rolnik, spokojny, nie wadził tu nikomu... A Kwapiszewski? Młodziutki chłopak. Dwa tygodnie zaledwie minęło od chwili, gdy powrócił z podwody, na którą zabrali go Niemcy, uciekający przed Armią Czerwoną. Co on komu zawinił? Za co zginął?
        ...Przyjechali wtedy po nich ciężarowym samochodem. Uzbrojeni po zęby weszli do zagród i kazali się ubrać Kwapiszewskiemu i Bednarkowi. Potem wsadzili ich na samochód, wywieźli daleko aż do Popowa na drewniany most nad Wartą. Tu zaprowadzili ich na skraj mostu, zastrzelili, ciała zsunęli do rzeki. Ciało Kwapiszewskiego zidentyfikowano dopiero po upływie roku. Bednarka nigdy nie odnaleziono. Rozmawialiśmy z ich rodzinami, z ich najbliższymi. Pytali:
        - I za co zginęli? Mój Boże, dlaczego?
        W oczach nie ma już łez. To stało się dawno. Ale jest jeszcze ciągle ten sam ból, ciągle odnawiający się, bo przecież ci dwaj padli zupełnie niewinnie. Za nic.
        ...Kwapiszewski uczył się przed wojną w Szkole Rolniczej w Sędziejowicach razem z niejakim Kazimierzem Maciejewskim, bratem księdza z Kamionacza. Kwapiszewski był oszczędny i często gęsto z zasiłków, jakie mu dawał ojciec - rolnik, pożyczał pieniędzy Maciejewskiemu, który z kolei lubił je bardzo tracić. Pewnego dnia ksiądz Maciejewski zakazał Kwapiszewskiemu pożyczać jego bratu pieniędzy. Obaj chłopcy pogniewali się o to ze sobą.
        A potem była wojna. Maciejewski kręcił się w jakiejś konspiracyjnej organizacji. Zdarzyło mu się dłuższy czas nocować na końcu wsi Kamionacz u Bednarka. Któregoś dnia Bednarek powiedział Maciejewskiemu, że lęka się o życie swojej rodziny, aby ten choć na pewien czas przeniósł się do innej stodoły.
        - Dobrze. Ale my się jeszcze za to policzymy - rzucił mu Maciejewski.
        A potem? Potem Maciejewski wstąpił do "Błyskawciy" [tak w tekście - przyp. S. Formella]. I tak tej styczniowej nocy wywiózł z rodzinnej wsi i Kwapiszewskiego i Bednarka. „Rozliczył” się z nimi na drewnianym moście nad Wartą.

***

[Oto we wsi Popów most na Warcie. Tu na moście zastrzelono Bednarka i Kwapiszewskiego, a ciała wrzucono do rzeki...]

        „W nocy z 6 na 7 stycznia 1946 r. uprowadzili ludzie z bandy "Błyskawica" - Zenona Olejniczaka ze wsi Brudnów, gm. Dalików, pow. łęczyckiego. Zaprowadzili go do lasu koło wsi Śniatowa...” - jest napisane w akcie oskarżenia.
        Tu - jak zeznają sami oskarżeni - kazano Olejniczakowi wykopać dół, a potem się w nim położyć. Kiedy zaś Olejniczak ten rozkaz wykonał, wystrzelił do niego Wyszkowski, pseudo "Kamień", a po oddaniu strzału oświecił dół latarką elektryczną. Maciejewski stwierdził, że Olejniczak jeszcze żyje - dobił go wystrzałem z pistoletu. Następnie dół zasypali i odeszli.
        ...Ojciec Olejniczaka ma już dzisiaj ponad 80 lat. Jest niedołężny, ale kiedy z nim rozmawiamy o tamtych dniach, staruszek doskonale wszystko pamięta, a jego każde słowo i każdy gest wyraża świeżą jeszcze rozpacz.
        W jakieś pół roku po zabiciu mego syna milicja i Bezpieczeństwo - opowiada starzec - przywieźli do mnie tych morderców i kazali im wskazać miejsce, gdzie zabili mego syna. Poszliśmy do boru do Śniatowej. Nad grobem jeden z milicjantów dał mi do ręki łopatę, żebym mógł syna wygrzebać, wskazał oczami bandytów i rzekł: „To są mordercy waszego syna”... Ale ja nie mogłem, nie potrafiłem ich uderzyć. Nikogo w życiu nie skrzywdziłem. Pytałem się tylko tych zbrodniarzy: „Dlaczego zabiliście mi syna?”... A oni mruczeli: „To nie my, to "Paweł". A przecież to oni zrobili. I za co? Za to tylko, że na dwa dni przed śmiercią mój syn zwierzył się komuś we wsi, że zamierza wstąpić do milicji. ...A dziś są u nas tacy we wsi, co powiadają: „Nie potrzebna w Polsce milicyja”... Panowie, co by się tu u nas działo, gdyby nie milicja. Wszystkich ludzi by ci od "Błyskawicy" wymordowali. Och, co oni tu wyprawiali...

***

        Byli w oddziałach "Warszyca" ludzie, których zaprowadziła tam miłość ojczyzny, patriotyzm rozumiany inaczej niż inni go rozumieli. Ale obok nich byli urodzeni zbrodniarze, mordercy, którzy korzystali z okazji, aby załatwić własne „rozrachunki”.

        (d. c. w środę)

nr 107, str. (?)


 

XII. Rozdział, który jest odpowiedzią na list

        Na temat działalności "Warszyca" i jego poszczególnych oddziałów rozmawiałam z różnymi ludźmi. Wyraźnie dzielą się oni na dwa przeciwstawne obozy. Jedni (a są to przeważnie ludzie w jakiś sposób przez niego skrzywdzeni) mówią o "Warszycu" jako o bezideowym bandycie, mordercy, który winien jest śmierci setek ludzi. Drudzy (ci z jego kręgu, współpracownicy, podwładni) tworzą o "Warszycu" legendę jako o „rycerzu bez skazy”, bohaterze narodowym.
        I właśnie to, że istnieją dwa aż tak sprzeczne sądy o "Warszycu" i jego działalności, sprawiło, że w gruncie rzeczy o "Warszycu" w ogóle wiadomo bardzo niewiele, a temu, co o nim ten i ów opowiada - na ogół się nie wierzy.
        Podczas procesu sądowego "Warszyca", wyciągano na światło dzienne tylko jedną stronę medalu - tę złą, obciążającą: zbrodnie "Warszyca", zabójstwa, działalność szpiegowską i wywiadowczą. W zakamarkach szeptano co innego - ukazywano znowu tylko drugą stronę medalu - tę dobrą, a więc ideowość "Warszyca", szlachetność, patriotyzm, walkę z nieprawością.
        Tymczasem prawda - jak zawsze - leży chyba pośrodku. "Warszyc" - to dziś, dla nowego pokolenia - tylko historia. A warto znać historię własnego narodu. Dlatego warto pokusić się o to, aby o tym okrutnym czasie napisać trochę prawdy. Prawdy, która leży pośrodku.

***

[Oto pozuje do zdjęcia oddział "Murata" - jeden z tych, które po śmierci "Warszyca" poszły całkowicie na zbrodnie. Krwawo zapisał się ten oddział w pamięci ludności Wieluńskiego. (Zdjęcie autentyczne, znalezione w oddziale).]

        Nie jest prawdą, że "Warszyc" był bezideowym bandytą. "Warszyc" miał ideologię. Ideologia ta wyraźnie uwidoczniona jest w jego rozkazach wydawanych do podkomendnych. "Warszyc" nie był bandytą. Owszem, w jego oddziałach było wielu bandytów - do jego oddziałów szli najróżniejsi ludzie, którzy mieli różne cele i różnie działali. Ten różny element, z jakiego składało się „warszycowe” podziemie, element bardzo często bezideowy albo i skrajnie faszystowski - sprawił, że w dalszej swej działalności niektóre z oddziałów "Warszyca" (szczególnie po jego aresztowaniu) poszły na bandytyzm. Również często praktyka czynów oddziałów "Warszyca" przeczy rozkazom ich czołowego dowódcy.
        Istnieje np. rozkaz "Warszyca", w którym wyraźnie powiada on, że należy postawić tamę „żydo-komunie” itp. znane nam sprzed wojny hasełka spod znaku ONR. Co stało się po takim rozkazie? Mordy, bestialskie mordy na niewinnych ludziach tylko dlatego, że byli Żydami. Istnieje następny rozkaz "Warszyca", w którym pisze on, że jego poprzedni rozkaz został źle zrozumiany, stwierdza, że mu nie o to chodziło, że nie wolno, aby ich oddziały splamiły się antysemityzmem, bo - jak pisze - „mogłoby to nam zaszkodzić w oczach Zachodu”.
        Istnieją rozkazy, w których potępia on uprawianie bandytyzmu przez jego oddziały, istnieją rozkazy, w których rozprawia się on z bandytami. I tak np. naliczyłam aż 11 wypadków, gdy oddziały "Warszyca" rozstrzelały bądź udzieliły kary chłosty oraz rozbroiły bandy rabunkowe. M.in. w gminie Kiełczygłów 20 października 1945 r. zlikwidowana została przez SOS banda złożona z kilkunastu ludzi. Na terenie gminy Wielgomłyny i Kobiele "Warszyc" zlikwidował bandę działającą jeszcze za czasów okupacji. Przywódca jej, Sylwester Kozioł, został rozstrzelany w Woli Roszkowskiej. Faktów takich można by cytować więcej. Ale z drugiej strony można również cytować fakty bandytyzmu i ze strony oddziałów "Warszyca", bestialskich mordów na ludziach dalekich od polityki. Co prawda nieraz "Warszyc" upomina swych ludzi, nieraz ich karze, tak np. w jednym z rozkazów potępia "Klingę" (jednego z dowódców, specjalnie wyrafinowanego zabójcę) za to, że ten wykonuje wyroki śmierci bez sądu, bez wyraźnego rozkazu.
        Jedno jest jednak pewne. "Warszyc" miał nieograniczoną władzę, którą zdobył sobie przy pomocy uzbrojonych oddziałów, gotowych wypełnić na ślepo każdy jego rozkaz. Mieli taką władzę jego poszczególni dowódcy - i różnie z niej korzystali. Stąd ta przerażająco długa lista zamordowanych przez oddziały "Warszyca" z jego rozkazu i bez jego rozkazu.
        Jest chyba prawdą - myślę, że można to dziś otwarcie stwierdzić - że na takim a nie innym postępowaniu "Warszyca" zaważyło w pewnej mierze to niesłuszne potępienie w czambuł wszystkich AK-owców, a często gęsto aresztowanie ich bez konkretnej winy. Reakcją tych ludzi było poczucie niesprawiedliwości, krzywdy, a w konsekwencji często ucieczka do lasu, znowu do podziemia, gdzie w tyglu bratobójczej walki paczyły się charaktery i następowała zbrodnia. Z kolei faktem jest, że dziesiątki razy proponowano "Warszycowi" i jego oddziałom ujawnienie się i - pod warunkiem zaprzestania walki - wymazanie ich przestępstw. "Warszyc" nigdy nie chciał skorzystać z szansy, jaką mu dawała władza ludowa. Przeciwnie, w miarę upływu czasu stosował coraz silniejszy terror, drogę swoją znaczył coraz większą ilością przelanej krwi. Im bardziej go osaczano, im bardziej odbierano mu pozycję za pozycją - tym bardziej uciekał się do coraz drastyczniejszych środków.
        W jego oddziałach znane były potem fakty, że gdy przyszedł do nich ktoś nowy, „początkujący”, pełen ideałów - przede wszystkim kazano mu wykonać wyrok śmierci na kimś. Gdy wykonał go, gdy miał już na swych rękach krew - wówczas rozumiał, że nie ma drogi powrotu, wówczas następna zbrodnia stawała się dla niego zwykłą czynnością.
        Były to czasy okrutne. Były to czasy rewolucji. Funkcjonariusz UB czy milicji, któremu w nocy zamordowano czy zgwałcono żonę, zabito ojca albo brata, pracownik aparatu partyjnego, który był świadomy, że jeśli wpadnie w ręce leśnego oddziału - zginie po straszliwych torturach, z wyrwanym językiem, z uciętymi rękami, wyłupionymi oczami - ci ludzie nie bawili się i nie mogli bawić się w sentymenty i odmierzać sprawiedliwość jak na aptekarskiej wadze. Ludzie po obydwu stronach barykady nie dawali brać się żywcem, dlatego w tamtych czasach gęsto padał trup. I po obydwu stronach gęsto ginęli ludzie, obdarzeni wielkimi uczuciami patriotycznymi. Ludzie, którzy gdyby nie ta bratobójcza walka - mogliby przynieść ojczyźnie korzyści. Oczywiście, patriotyzmu niektórych ludzi "Warszyca" i patriotyzmu naszych ludzi nie można mierzyć jedną miarą.
        Współczesna i ta dawna historia uczy nas ciągle, że naszemu narodowi potrzebna jest przede wszystkim rozwaga, poczucie realizmu, liczenie się z faktami. Tymczasem "Warszycowi" brakowało poczucia realizmu. Dlatego ten człowiek, który z pewnością stanowił bardzo ciekawą sylwetkę psychologiczną i dużą indywidualność i mógł stać się dla ojczyzny bardzo wartościowym - został rozstrzelany w 1947 roku, został słusznie rozstrzelany za czyny, które rzeczywiście popełnił.
        I ostatnia sprawa: ideologia "Warszyca". Jest ona w gruncie rzeczy bardzo niejasna, niesprecyzowana. "Warszyc" był chyba bardzo zdolnym strategiem walki partyzanckiej, dowódcą z poważnymi cechami pedagogicznymi, (z zawodu nauczyciel), ale nie znał się chyba na polityce, był kiepskim znawcą spraw międzynarodowych. A takie braki to nie błaha sprawa w sytuacji, w jakiej wypadło mu walczyć. Te braki odbijały się w rezultacie na postępowaniu podległych mu oddziałów, które nie zawsze wiedziały, jaką busolą się kierować, co jest dobre, a co złe, miały bardzo mętny obraz tego, co im się w nowej Polsce podoba, a co nie, o co walczą i za co mają ginąć. Wszystko to najlepiej widać na przykładzie wielkiej akcji na Radomsko, opracowanej bezpośrednio przez "Warszyca", a dokonanej przez "Grota". Ale o tym już w następnym odcinku szkicu dziennikarskiego o "Warszycu", w drugiej jego części pt. "Akcja na Radomsko".

nr 109, str. (?)

(D. c. n. w sobotę)


 

=====================================================================
Ewa Połaniecka: Cykl artykułów „Warszyc!”, cz. 2. - „Akcja na Radomsko”
=====================================================================
https://web.archive.org/web/20071018081101/http://nienacki.art.pl/a_warszyc_akcja_na_radomsko.html
=====================================================================

I / II / III / IV / V / VI / VII

        Zbigniew Nienacki znany jest szerszemu gronu czytelników przede wszystkim jako autor cyklu o Panu Samochodziku oraz kontrowersyjnych dzieł dla dorosłych, spośród których wyróżnia się w pierwszym rzędzie "Raz w roku w Skiroławkach". Tak się jednak składa, że w kręgu zainteresowań tego pisarza znajdowały się również wydarzenia z najnowszej historii Polski. Chodzi tu konkretnie o walkę komunistycznego aparatu bezpieczeństwa ze zbrojnym podziemiem niepodległościowym, która miała miejsce w okresie następującym bezpośrednio po zakończeniu II wojny światowej. Zbigniew Nienacki poruszył tę problematykę w swoich powieściach pt. "Worek Judaszów" oraz "Liście dębu". Pamiętać też trzeba, że oprócz pisarstwa trudnił się on również dziennikarstwem i w toku swej pracy dziennikarskiej także poruszał ten temat.
        Chcielibyśmy zaprezentować na naszej stronie część artykułów prasowych wchodzących w skład cyklu reportaży opublikowanego pod tytułem "Warszyc". Cykl ów ukazywał się w 1957 roku w "Głosie Robotniczym", który był wówczas organem łódzkiego KW PZPR. Poświęcony jest on dziejom Konspiracyjnego Wojska Polskiego (KWP) oraz osobie jego założyciela oraz pierwszego komendanta Stanisława Sojczyńskiego czyli tytułowego "Warszyca".
        Ciekawie przedstawia się sprawa autorstwa serii artykułów o "Warszycu". Każdy tekst podpisany jest nazwiskiem "Ewa Połaniecka". Cóż więc to wszystko ma wspólnego z osobą Zbigniewa Nienackiego? Otóż okazuje się, że "Ewa Połaniecka" to pseudonim, pod jakim kryje się właśnie autor przygód Pana Samochodzika. Badacz dziejów KWP, Tomasz Lenczewski, który na początku lat 90-tych korespondował ze Zbigniewem Nienackim, twierdzi, że pisarz przyznał się do autorstwa tekstów opublikowanych pod nazwiskiem Ewy Połanieckiej, czym zresztą potwierdził informacje, które T. Lenczewski otrzymał jeszcze w okresie wcześniejszym od pewnego ubeka.
        Generalnie seria artykułów o "Warszycu" składa się z trzech części. Każda z nich dzieli się z kolei na opatrzone własnymi tytułami odcinki. Obecnie jesteśmy w posiadaniu tekstów wchodzących w skład części drugiej (nosi ona tytuł "Akcja na Radomsko") oraz trzeciej ("Klęska"), które poniżej prezentujemy. Opisują one w sensacyjnej formie wydarzenia, które miały miejsce w latach 1946-1947. Konkretnie chodzi tu o dzieje KWP, jego działalność na terenie województwa łódzkiego oraz działania organów bezpieczeństwa mające na celu likwidację KWP oraz aresztowanie jego przywódców.
        Opublikowane przez "Ewę Połaniecką", czyli Zbigniewa Nienackiego w "Głosie Robotniczym" teksty o "Warszycu" bardzo jednostronnie ukazują zagadnienie zwalczania zbrojnego podziemia antykomunistycznego po II wojnie światowej. Reprezentowany jest w nich oficjalny, zgodny ze stanowiskiem PZPR, pogląd na najnowszą historię Polski. Żołnierze dowodzonego przez "Warszyca" KWP określani są w tych reportażach mianem bandytów. W pozytywnym z kolei świetle ukazani są w tychże tekstach funkcjonariusze organów bezpieczeństwa, z którymi autor wyraźnie się utożsamia. We wspomnianej już korespondencji z Tomaszem Lenczewskim skruszony Zbigniew Nienacki twierdził, że w owym czasie nie mógł pisać inaczej, natomiast materiały źródłowe wykorzystane w toku prac nad reportażami wydzielane były przez bezpiekę.
        Wydarzenia opisane w prezentowanych poniżej reportażach wykorzystane zostały przez Zbigniewa Nienackiego do przy tworzeniu niektórych jego powieści. Chodzi tu oczywiście o wspomniane już wcześniej "Worek Judaszów" oraz "Liście dębu". W szczególności warto zwrócić w tym miejscu uwagę na "Worek Judaszów", gdyż wydarzenia opisane w reportażach o "Warszycu" stanowią w wypadku tej powieści nie tylko ogólne tło historyczne, lecz również szkielet faktograficzny, w oparciu o który skonstruowana została fabuła książki. Czytelnicy "Worka" z pewnością dostrzegą w tekstach o "Warszycu" pierwowzory wydarzeń i postaci występujących w tejże powieści. Przede wszystkim mamy tu na myśli Alberta, czyli majora C25, głównego bohatera "Worka". W reportażach o "Warszycu" występuje on jako "Anglik" i nie należy go mylić z występującym tu i ówdzie w tychże tekstach "Albertem". Człowiek o pseudonimie "Albert" pojawiający się w artykułach "Połanieckiej" to por. Ksawery Błasiak, adiutant i zastępca Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca" i nie ma on nic wspólnego (poza pseudonimem) z Albertem z powieści "Worek Judaszów". Kim jest jednak ten ostatni, w tekstach "Połanieckiej", jak już wspomniałem, nazywany "Anglikiem"? Otóż w świetle obecnej wiedzy historycznej człowiekiem tym był nieznany z imienia i nazwiska pracownik Wydziału II Głównego Zarządu Informacji WP. Występował on pod pseudonimami Z-24 oraz "Siwiński". Po aresztowaniu "Warszyca", które miało miejsce pod koniec czerwca 1946 r., przyczynił się on walnie do pojmania wielu dowódców KWP.
        W tym miejscu wielu z Was zapyta zapewne „A co z Rokitą, kto jest jego pierwowzorem?” ...Tym razem jednak nic nie wyjawię, gdyż byłoby to jak opowiadanie treści filmu jeszcze przed emisją. Nie odbiorę przyjemności czytelnikom "Worka Judaszów", którzy w trakcie lektury z całą pewnością sami odpowiedzą sobie na nurtujące ich pytanie. Co zaś się tyczy osób, które "Worka" jeszcze nie czytały, to nie pozostaje nic innego jak tylko zachęcić je do przeczytania tej, choć kontrowersyjnej, to jednak bardzo ciekawie napisanej książki.

Sławek Formella

        Pierwszy cykl reportaży pod tytułem "Warszyc!" ukazał się we wcześniejszych numerach "Głosu Robotniczego".




I. W przededniu natarcia

[Poczta w Silniczce. Oddział "Klingi" zrabował tu 12 tys. złotych]

        Do tzw. „akcji na Radomsko” "Warszyc" i jego sztab przygotowywali się długo i skrupulatnie - tak w każdym razie wynika z dokumentów.
        Czy o mającej nastąpić akcji wiedział Urząd Bezpieczeństwa, czy domyślał się czegoś KBW? O tym, niestety, materiały nie wspominają. Sądzę, że raczej nie wiedziano, że „akcja na Radomsko” była zaskoczeniem. Wynika to zresztą wyraźnie z relacji naocznych świadków i uczestników akcji, która trwała niezbyt długo (dokładny czas akcji będę podawała według dokładnych raportów sierżanta "Prawdzica", d-cy kompanii). Czy przez „akcję na Radomsko” odniósł "Warszyc" zamierzone cele?
        I tak, i nie. Odniósł wielki sukces propagandowy, fantastycznie zresztą później wyolbrzymiony. Inaczej jednak ta sama sprawa przedstawia się od strony militarnej. Było to „pyrrusowe zwycięstwo”, zwycięstwo "Warszyca", które stało się początkiem jego klęski.

***

        Leży przede mną ogromny, chyba z 10 kilogramów ważący plik przesłuchań dowódców leśnych oddziałów "Warszyca". Zdanie po zdaniu wyjaśniają oni tę akcję. Obok dokładne rysopisy, szczegółowe dane personalne. Czytam... "Warszyc" i jego sztabowcy - "Romaszewski" i "Wiktor" byli nauczycielami, "Klinga", który w akcji na Radomsko tak bardzo zbrukał ręce we krwi - to urzędnik z b. "Metalurgii" w Radomsku, "Albert" - człowiek o wyższym wykształceniu (Instytut Nauk Administracji), "Roman", "Janusz"... ludzie, którzy mieli maturę.
        Jakże schematyczna była nasza współczesna tzw. socrealistyczna literatura, która kazała - u niektórych pisarzy - dowódcom band leśnych pozostać arystokratami czy fabrykantami. Rzeczywistość wyglądała inaczej. Synkowie obszarników czy fabrykantów za resztki fortuny ojcowskiej bawili się w nocnych lokalach, a obałamuceni przez nich ludzie walczyli w bandach leśnych.

***

        Wraz z wiosną 1946 roku wzrasta liczba napadów i morderstw w naszym województwie. Krótki, wiosenny okres, a teczki akt aż pęcznieją od cieniutkich bibułek telefonogramów, zawiadamiających o poszczególnych napadach czy zabójstwach. Ileż w nich rozpaczy, ileż tragedii ludzkich.
        Oto telefonogram zawiadamiający o zabójstwie prof. Chodury, dyrektora gimnazjum w Radomsku. Rozmawiałam z kilku jego uczniami. Wspominają go jako naprawdę wielkiego pedagoga, który kochał młodzież, który dla młodzieży gotów był oddać wszystkie swe siły. I pomyślcie - zginął z rozkazu także nauczyciela. "Warszyc" wydał na niego wyrok śmierci, ponieważ prof. Chodura zbytnio sympatyzował z socjalistami... iż „deprawował” młodzież w duchu komunizmu...
        Pewnego dnia, ściślej w nocy z 4 na 5 kwietnia, w perfidny sposób zwabili go do małej knajpki w Radomsku. Potem, gdy wyszedł - strzelili mu kilkakrotnie w tył głowy...
        ...Zabijano, rabowano. Napad na sklep spółdzielni "Jedność" przyniósł 4 tysiące złotych...
        "Klinga" wspólnie z "Montwiłem" i "Własowem" dokonuje napadu na pocztę w Silniczce w pow. radomszczańskim i rabuje 12 tysięcy złotych. W tym samym czasie napada na posterunek MO w Silniczce i rozbraja 8 milicjantów, zdobywając większą ilość broni. Potem "Klinga" zabija robotnika Emila Hartwiga ze wsi Soborzyce tylko za to, że ten odmawia wpuszczenia bandy na posterunek MO.
        Bywały dni, że przychodziło aż 12 meldunków o różnego rodzaju napadach i zabójstwach. Ponure to dni. Ponury rok 1946...

        (d. c. n.)

nr 118, str. (?)


 

II. „Apolityczność” i polityka

        Szef Wywiadu II K na powiat Radomsko kryptonim "Motor" - Jerzy Kowałyk ps. "Zbigniew", "Maria", "Gniew" - pisał jeszcze w marcu do "Warszyca":

[Do amatorskiego zdjęcia pozuje krwawy "Murat" (Małolepszy). (Zdjęcie autentyczne)]

        „Opinia naszych oddziałów liniowych jest za akcją na UB, na więzienie, skąd trzeba by uwolnić siłą więźniów. Akcja ta byłaby wskazana dla podniesienia ducha naszych żołnierzy, społeczeństwa, a przede wszystkim - naszego prestiżu” 1).

        I w sztabie "Warszyca", w „melinie” na jednej z uliczek Częstochowy żarliwie dyskutowano plany operacji, skrupulatnie obliczano własne siły. A sił było dosyć, "Warszyc" nigdy nie czuł się tak pewny i mocny, jak wówczas - wiosną 1946 r. Podporządkował mu się "Rudy" w pow. wieluńskim, wsławiony mordem w Bolesławcu i mocno nadwątlony przez potyczki z KBW i Bezpieczeństwem, ale jeszcze ciągle stanowiący mocną grupę 2). Podporządkował się "Paweł" w pow. łęczyckim ze swym oddziałem "Błyskawica". Rozkazy "Warszyca" z tego czasu tchną optymizmem, nadzieją rychłego zwycięstwa. Każe swym dowódcom przedstawiać żołnierzy i oficerów do awansu, moralizuje, uczy, podnosi niektóre oddziały do rangi samodzielnie działających grup. Pisze w rozkazie nr 2:

        „Rozkazuję przemianować baon AK "Manewr" na samodzielną grupę o tej samej nazwie, a jako datę przemianowania przyjmuję dzień przesłania przeze mnie odpowiedzi płk "Radosławowi" 3).
        D-twu SG "Manewr" podporządkowały się dotychczas oddziały: Zapory - 0259/1, Kazimierza i Konrada - 07510/1, Toma - 17510/3, Błyskawicy - 18510/3, Giera - 07511/1, Longinusa - 08511/2, Artura - 18511/3.
        Obecnie w skład grupy wchodzą następujące jednostki: Motor: Dłuta, Kilof, Młoty, Siekiery. Żniwiarka: Brony, Grabie, Kosy, Lemiesze; Turbina; Klimczok, Latawiec, Dół, Karp, Hutor, Cegła, Czasy, Śmieszek, Michał, Sęp, Lipa, Las, Batory, Drzewo, Rozpylacz, Pepesza, Dąb, Nysa, Staruszka, Waleska, Moździerz, Kotwica, Cezar I, Cezar II, Rudy, Kulawy, Orzeł, Huta, Korp. I, Korp. II; Pociąg: Stary, Drugi, Beczka, Leśnik, Swój, Pierwszy, Wierzba, Wilczyca, Stoły, Kula, Czujny, Góra.
        W wyniku tego grupa ma możność objąć swą działalnością tereny dwóch sąsiadujących ze sobą województw i do takiego rozprzestrzenienia się będziemy dążyć konsekwentnie”.

        "Warszyc" na skutek - jak sam mówi - „bierności naczelnych władz emigracji tak cywilnych jak i wojskowych” odcina się w tym okresie od Londynu i AK, której wiele oddziałów się ujawniło.
        Później zresztą odcina się również od własnej postawy z tego okresu, szuka kontaktu z PSL. Zresztą każdy krok jego oddziałów był polityką. Organizacja, która zabijała tylko PPR-owców - nie była apolityczna...
        I tego faktu nie zmienią nawet wyraźnie sformułowane myśli z jego rozkazu, gdy pisze:

        „Jesteśmy apolityczni, nie uzależniamy się od żadnego stronnictwa i żadnego z nich nie popieramy wyłącznie - i podporządkujemy się tylko takiej władzy, która dowiedzie, że postępowanie jej jest zgodne z dążeniami większości społeczeństwa”.

        Zupełnie co innego jednak stwierdza w rozkazie nr 4 4).
        Komu, konkretnie komu i jakiej władzy zamierzał się "Warszyc" podporządkować? Niestety, tego do dziś nie wiadomo. Historyk, któremu wypadnie grzebać w jego dokumentach nie znajdzie na to odpowiedzi. Walczył z władzą ludową, tępił komunistów, odciął się od emigracji i od dowództwa AK, które się ujawniło. Ba, potępia również i przedwojennych wyższych oficerów i urzędników:

        „Nie wiemy w tej chwili - w tym okresie największej próby charakterów, sprzeniewierzania ideologiom i niekiedy aż katastrofalnej rywalizacji ubiegania się o władzę - kto będzie tą postacią sztandarową, wokół której skupi się naród i której podporządkujemy się również i my. Będziemy unikać zrutynowanych urzędników, będziemy unikać monopolistów na władzę i przywileje (np. duży procent wyższych oficerów i wyższych urzędników z przedwojennego obozu rządzącego)... Najwyższy czas, aby dokonać selekcji wśród mających pretensje do przodownictwa i obdarzyć zaufaniem jedynie tych, których kryzysy bojów o Polskę nie załamują”.

[Wiosna w lesie. Jak wam się podoba "buzia" i poza tego "leśnego człowieka" - jak lubili się nazywać żołnierze "Warszyca".]

        Więc kto, kto ma być tą postacią sztandarową, „której kryzysy bojów o Polskę nie załamują”? Nie chciałabym być złośliwa, ale z tych słów i sformułowań narzuca się tylko jedna osoba... "Warszyc". Czyżby sam siebie kreował na wodza narodu?
        Jeśli rzeczywiście kreował się na coś więcej niż dowódcę podziemia w jednym województwie - potrzeba mu było czynów, o których wiedziano by nie tylko w kraju, ale i za granicą. Takiej akcji również domagało się jego „wojsko”.
        Pod presją tych czynników sztab "Warszyca" przystąpił do opracowania szczegółów "Wielkiej Akcji".

        1) Akta "Warszyca", tom B, teczka I. K. 31.
        2) Otrzymałam list, w którym anonimowy autor zarzucił mi, że "Rudy" nigdy nie podlegał "Warszycowi". Jest to nieprawda. Dokumenty twierdzą, że "Rudy" podporządkował się "KWP", co można sprawdzić w aktach sprawy "Warszyca", Teczka I, karta nr 356.
        3) Chodzi o odpowiedź "Warszyca" na wiadomość o ujawnieniu się płk "Radosława", którego "Warszyc" określił jako zdrajcę.
        4) W rozkazie nr 4 MP 14/1661-3 "Lasy" - "Warszyc" stwierdza: „Żołnierze oddziałów liniowych nie mogą być członkami stronnictw, zaś żołnierzom oddziałów rezerwowych zezwalam i zalecam brać jak najczynniejszy udział w życiu i działalności stronnictw - PSL, SP oraz SD i PPS, z tym, że w dwóch ostatnich będą czynili wysiłki w kierunku uwolnienia ich od wpływów komunistycznych”. A więc organizacja „apolityczna”?... Chyba nie.

nr 119, str. (?)


 

III. Widmo na radomszczańskim cmentarzu

        Istniała jeszcze inna - oprócz wymienionych już - przyczyna, która spowodowała wszczęcie „akcji na Radomsko”. Przyczyna ta leżała w coraz gorszej sławie jaką wśród miejscowej ludności zyskiwało „warszycowe wojsko”. Poczynano coraz szerzej i głośniej przebąkiwać o nadużyciach finansowych w bandach leśnych, o demoralizacji, braku dyscypliny, buntach, bandytyzmie.
        W specjalnie wydrukowanym komunikacie z dnia 30 marca 1946 r. "D-dztwo Grupy "Lasy" kategorycznie zaprzeczało tym pogłoskom określając je jako „perfidne kłamstwa”.
        W rzeczywistości jednak nie były to kłamstwa, lecz prawda, do której przyznał się "Warszyc" w swych tajnych rozkazach do podległych mu dowódców. Oto co stwierdza on w ROZKAZIE SPECJALNYM (Manewr 0375 L. P. 9):

        „...W obecnej sytuacji zaistniało dość duże rozluźnienie między przełożonymi a podwładnymi. Wynikiem tego jest obniżenie karności, obowiązkowości. Wielu żołnierzy robi posunięcia na własną rękę i dokonuje czynów nie zawsze o nas dobrze świadczących”.
        „...Żołnierzom SOS zapewniłem wszystko to, do czego mają prawo jako bojownicy, a więc żołd miesięczny i strawne - pomoc w artykułach żywnościowych, odzieży i obuwia, niezależnie od tego strawne w wysokości 200 zł dziennie w czasie wykonywania akcji i nawet premie - ale to dla niektórych okazało się nie wystarczające, wolą poczynać sobie po bandycku nie bacząc, że szkodzą opinii”.
        „...Ostatnie wykroczenia, jakich dopuścili się żołnierze SOS nasuwają bardzo smutne wnioski...”

[Wśród tych krzyży na radomszczańskim cmentarzu zeszły się w nocy z 19 na 20 kwietnia uzbrojone oddziały "Warszyca". Fot A. Joselewicz]

        O cóż w tym wszystkim chodziło?
        Jeśli zestawić „pensje”, jaką za swoją działalność otrzymali ludzie "Warszyca" z zarobkami naszych ludzi - aparatu bezpieczeństwa, oficerów KBW, widzi się ogromną różnicę. Nasi ludzie otrzymywali od państwa niewielkie sumy, w owym czasie w wojsku bywało czasem głodno i chłodno, pensje pracowników bezpieczeństwa były śmiesznie niskie. Tymczasem "Warszyc" płacił swym ludziom bardzo dobrze. Istnieją dokładne zestawienia jego finansów: „etat” u "Warszyca" wynosił 3500 zł miesięcznie (1945 r.) plus strawne 200 zł dziennie, plus premie, zapomogi dla rodziny, dodatki w artykułach żywnościowych, ubraniu i obuwiu, z podziału łupów zdobytych w napadach rabunkowych.
        Lecz ludziom "Warszyca" ciągle było mało, choć „dorabiali” na boku dokonując rabunków. Tymi zdobyczami nie dzielili się jednak z wyższym dowództwem i to było przyczyną konfliktów. Dowództwo to powołując się na „ideały”, na „całość organizacji” domagało się udziału w zrabowanych dobrach, tymczasem oddziały wolały dzielić... ale między siebie.
        A cierpiał na tym wszystkim przede wszystkim chłop, na którego podziemie nakładało podatki i kontrybucje, zabierało inwentarz i pieniądze, obrabowywało z towarów gminne spółdzielnie. Cierpiało państwo, bo rozbijając poczty i banki - paraliżowano finansową gospodarkę podnoszącego się z ruin kraju.
        Siłą rzeczy coraz więcej ludzi poczynało przeklinać oddziały "Warszyca", marzyć o chwili, gdy przestaną nawiedzać wsie nocami „obrońcy” zabierający chłopu pieniądze i świnie z chlewa. Mieszkańcy wsi coraz częściej przeciwstawiali się podziemiu. W wyniku tego mnożyły się wyroki śmierci, srożył się terror band.
        Gdyby wszystkie wyroki śmierci wydane przez "Warszyca" zostały wykonane, nasze województwo pławiłoby się we krwi. Taka jest prawda - czy się komu ona podoba czy też nie. W aktach sprawy leżą dziesiątki rozkazów, a każdy z nich zawiera szeregi nazwisk i adresów ludzi przeznaczonych na śmierć. Niektórzy z nich żyją, nie dosięgła ich ręka morderców, gdyż w ich obronie nocą i dniem jadąc ze wsi do wsi, przechodząc z akcji do akcji wzięły udział często głodne i źle ubrane oddziały KBW, gdyż w ich obronie ginęli funkcjonariusze z aparatu bezpieczeństwa.
        Rosła lista przestępstw, zabójstw i napadów.
        ...W kwietniu "Warszyc" wydał rozkaz śmierci na F. Dobczyńskiego, który zamordowany został w Radomsku 13. 4. 46 r. przez grupę kryptonim "Motor".         
        ...W kwietniu d-dztwo grupy "Jastrząb" wykonało z rozkazu "Warszyca" wyrok śmierci na Krzysztofie Kozaku, milicjancie z posterunku w Pajęcznie.
        ...W kwietniu grupa "Motor" zamordowała Antoniego Leszczyńskiego ze wsi Dąbrówka...
        "Motor". Egzekucyjna grupa "Warszyca". W kwietniu poczyna dowodzić "Motorem" - pseudo "Klinga", (H. Glapiński, b. urzędnik z Radomska). Obok niego "Własow" i "Montwiłł". Na rozprawie sądowej udowodniono "Klindze" 26 morderstw...
        I wreszcie pamiętna dla Radomska noc z 19 na 20 kwietnia 1946 roku...
        Miasto pogrążyło się w śnie. Była to - jak opowiadano mi - noc chłodna, na ulicach z rzadka tylko słychać było kroki przechodnia. I tylko na starym cmentarzu leżącym już prawie poza miasteczkiem, między nagrobkowymi krzyżami, pośród figur świętych i kamiennych aniołów śmierci - snują się jakieś cienie. To ludzie "Warszyca".
        Tu w nocy z 19 na 20 kwietnia "Warszyc" wyznaczył spotkanie uzbrojonym grupom. Miały one napaść na miasto. W materiałach archiwalnych, w zeznaniach pozostały dokładne opisy tego napadu. Lecz o tym w następnych odcinkach reportażu.

        (d. c. n.)

nr 121, str. (?)


 

IV. Początek walki

        O napadzie na Radomsko opowiedzą nam sami napastnicy. Oto fragment zeznań z dnia 24 kwietnia 1946 r., złożonych przez Ryszarda Ch., członka podziemia od listopada 1945 r., walczącego w oddziale "Klingi". Wraz z Ryszardem Ch. musimy jednak cofnąć się o kilka dni wstecz: 1)

        „4 kwietnia 1946 r. zostałem wezwany do lasu. Powiadomił mnie o tym "Własow", który powiedział, że miejsce zbiórki znajduje się we wsi Grzebień, w jednym z ostatnich domów 2). W tym domu 4 kwietnia zebraliśmy się: "Własow", "Baroga", "Bandzior", "Wyrwa", "Bohdan", "Las", "Gilza", "Grzmot", "Rola", "Okrzeja" i ja. Z Grzebienia pojechaliśmy furmankami do wsi Ewine - już uzbrojeni, ponieważ każdy z nas zazwyczaj swoją broń przechowywał w domu.
        We wsi Ewine przebywaliśmy cztery dni u leśniczego i tu spotkaliśmy naszego dowódcę por. "Klingę" i jego zastępcę "Ponurego". 7 kwietnia poszliśmy do wsi Silniczkin, gdzie rozbroiliśmy posterunek milicji i zabraliśmy około 20 karabinów i jeden rkm oraz zabiliśmy jednego człowieka za to, że ten nie chciał nam otworzyć drzwi na posterunek. W napadzie tym brało udział 25 ludzi na czele z por. "Klingą" i chorążym "Ponurym". Oprócz tego "Klinga" z 10 ludźmi 6 kwietnia chodził do wsi Żytno, gdzie obrabowaliśmy sklep i zabraliśmy z niego papierosy, kocioł, wiadra i inne rzeczy.
        6 kwietnia my, całą grupą, liczącą już 45 ludzi, poszliśmy do wsi Graby, gdzie znajdowaliśmy się do 13 kwietnia w domu leśniczego. W tym czasie skradliśmy we wsi Wojnowice 2 świnie i jednego konia...”

        45 ludzi uzbrojonych siedzi sobie w leśniczówce kilka dni i nikt ich nie zaczepia, żyją sobie jak „u Pana Boga za piecem”? - z niedowierzaniem zadaje sobie podobne pytanie dzisiejszy czytelnik. Ale Graby, wieś i leśniczówka, to naprawdę wymarzone miejsce na melinę dla bandy.
        Ponieważ wieś Graby jeszcze nieraz powtórzy się w opowiadaniu o "Warszycu" - pojechaliśmy, aby ją zobaczyć i sfotografować.

[Droga do gajówki Graby prowadzi przez lasy...]

        Drogę w kierunku Ciężkowic przecina koryto Warty napęczniałe wiosną od wody. Na rzece wątły mostek, jeśliby go usunąć - przejazd do wsi Graby jest prawie niemożliwy. Od rzeki rozpoczynają się piachy, koła samochodu grzęzną w nich, wystarczy jeden nieostrożny ruch kierownicą, a samochód wjedzie w piaszczystą wydmę i uwięźnie. Wieś Graby leży na skraju lasu, ale już w nim częściowo ukryta; las wchodzi na podwórza, otacza domy i zagrody. I chyba z pół godziny szukaliśmy drogi do gajówki, gdzie kiedyś ukrywała się banda.
        Do gajówki trzeba jechać lasem porządny kawał drogi. Kiedyś, gdy była tu banda, do gajówki prowadziła ścieżka przez bagna, teraz narzucono na nią gałęzi i pokryto piaskiem - dojechać więc łatwiej. A dokoła lasy i lasy, które zdają się nie mieć końca, lasy rzadko przecięte drogą i to drogą nieraz fałszywą, prowadzącą na bagna.
        Raptem gęsty las rozchyla się i ukazuje malutką polankę - przeuroczy zakątek z jasnym, białym domem podobnym do małego dworku. To tu była siedziba oddziału "Klingi". Tu w tej ciszy i głuszy leśnej...
        Powróćmy już jednak do przerwanego toku akcji. Ryszard Ch. zeznaje:

        „...13 kwietnia opuściliśmy gajówkę Graby i wyjechaliśmy do wsi Katarzynów. Zatrzymaliśmy się tam u leśniczego, a na następną noc zakwaterowaliśmy się u jednego z bogatych gospodarzy w centrum wsi. 16 kwietnia furmankami wyjechaliśmy do wsi Jacków i zatrzymaliśmy się również u leśniczego, przebywając tam 16 i 17 kwietnia. W Jackowie do naszej grupy przyłączyła się grupa "Grota" i "Longinusa" w liczbie 25 ludzi.
        W nocy z 18 na 19 kwietnia poszliśmy wszyscy do wsi Grzebień. Tu nocowaliśmy. Potem w nocy z 19 na 20 kwietnia wszystkie trzy nasze grupy udały się do Radomska, gdzie na cmentarzu napotkaliśmy grupę "Tygrysa" liczącą około 30 ludzi. Z cmentarza wyruszyliśmy na miasto...”

        Tu znowu przerwijmy tok jego opowiadania na korzyść odautorskiego opisu napadu, odtworzonego na podstawie różnych opowiadań. Opowiadań wiarygodnych. Bo są i niewiarygodne. Napad na Radomsko obrósł już w legendę, forsowaną zresztą przez oddziały "Warszyca". Sama słyszałam od niektórych „naocznych” świadków, że w ową noc w napadzie brało udział aż 20 tysięcy ludzi, „skromniejsi” obliczają ilość napastników na 2 tysiące osób. Tymczasem prawda wygląda tak:
        W napadzie na Radomsko brały udział cztery oddziały: "Grota" - w liczbie 50 osób; "Longinusa" - 45 ludzi; "Klingi" - 45 ludzi i "Tygrysa" - 27 ludzi. Całość kierownictwa akcją spoczywała, zgodnie z rozkazem "Warszyca", w rękach "Grota".

        (d. c. n.)

        1) Ryszard Ch. za napad na Radomsko i udział w licznych zabójstwach skazany został w dniach 6 i 7 maja 1946 r. przez Sąd Okręgowy w Częstochowie, wydział dla spraw doraźnych - na karę śmierci.
        2) W zeznaniach Ryszarda Ch. są podane dokładnie nazwiska i adresy osób, u których nocował oddział "Klingi". Opuszczam te miejsca ze względów chyba zrozumiałych.

nr 126, str. (?)




V. Z 19 na 20 kwietnia

        Przypomnijmy tę ciężką noc tym wszystkim szczególnie spośród naszej młodzieży, którym wydaje się, że ustrój nasz został nam „dany”. Nie, on został wywalczony, w walce o niego, w krwawym i ciężkim boju zginęło śmiercią walecznych tysiące bohaterów, funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, żołnierzy KBW, pracowników MO i członków partii. Ustrój nasz jest okupiony krwią najlepszych synów proletariatu, którzy bronili go przed kontrrewolucją i poważnymi siłami reakcji, reprezentowanej w naszym województwie m. in. i przez "Warszyca".
        ...Akcja na Radomsko, która najdobitniej ukazuje jak silna była u nas reakcja, rozpoczęła się - według meldunku nr 1 d-cy komp. "Prawdzica" - koncentracją sił "Warszyca" na cmentarzu w Radomsku w nocy z 19 na 20 kwietnia 1946 r., o godzinie 0 min. 15. Akcja trwała - według danych "Warszyca" - około 70 minut.
        "Prawdzic" tak relacjonuje przebieg wydarzeń:
        l) Ppor. "Longinus" o godz. 1 min. 21 - rozbicie więzienia i uwolnienie więźniów (wykonano).
        2) Chor."Ponury" z komp. por. "Klingi", godz. 1 min. 21 - ostrzelać UB (wykonano).
        3) Kpr. "Sokół", godz. 1 min. 30 - przeciąć na poczcie sieci, (wykonano).
        4) Sierż. "Prawdzic", godz. 1 min. 21 - koszary zaszachować i ubezpieczyć ul. Brzeźnicką i Reymonta, (wykonano).
5) Sierż. kapr. bank rozbić i skonfiskować pieniądze (nie wykonano)”.
        W dalszym ciągu meldunku jest mowa o oddziałach plut."Huragana", "Iksa" i "Tomka", które miały wykonać w mieście wyroki śmierci na funkcjonariuszach UB i działaczach demokratycznych - lecz nie zdążyły spełnić zadania, zaskoczone silną obroną naszych ludzi.

***

[Areszt w Radomsku. Stąd oddziały "Warszyca" uwolniły 58 spekulantów i volksdeutschów]

        Napad nastąpił nagle i w niezwykle korzystnej dla "Warszyca" sytuacji. Tego dnia wraz ze szkołą podchorążych wyjechało w teren na akcję przeciw bandom wielu pracowników bezpieczeństwa i członków partii oraz stacjonujące w mieście wojsko. W Komitecie Powiatowym PPR do bandy, próbującej się wedrzeć do budynku partii, począł strzelać i bronić się sekretarz Smolarek. W Urzędzie Bezpieczeństwa, na który napad nastąpił równocześnie z atakiem na komitet PPR - było wówczas zaledwie 5 ludzi: tow. tow. Kędra, Węglewski oraz trzech wojskowych.
        Bandyci ubrani byli w mundury WP.

[Tu stał Grot ze swym sztabem. Stąd zaatakowano areszt.]

        - Jakże tak? Do naszych będziemy strzelać? - zastanawiali się zdezorientowani pracownicy UB. I kto wie czym skończyłaby się ta dezorientacja, gdyby nie fakt, że akurat przejeżdżał samochód z węglem prywatnego handlarza z Radomska. Banda sądziła, że samochód jedzie z UB, że pod plandeką znajdują się ich przeciwnicy. Obrzucili samochód granatami, otworzyli ogień. Wówczas jasne się stało, co to za „żołnierze” kryją się w mundurach WP. Tymczasem banda "Warszyca" wpadła do przylegających do Urzędu Bezpieczeństwa Zakładów im. Komuny Paryskiej, rozbroiła straż fabryczną i tam, gdzie dziś jest garaż, z okna budynku poczęli prażyć do UB z karabinu maszynowego.
        Raz po raz rozrywały się granaty, noc cięły długie serie z karabinów maszynowych i „empi”. Naprawdę podziwiać trzeba odwagę i bohaterstwo tych zaledwie kilku naszych ludzi, którzy przeciwstawiali się prawie 150 - osobowej grupie napastnika i to napastnika, który dokonał akcji nagle, w niekorzystnej dla nas sytuacji.
        Otoczone i obrzucane granatami UB, Komenda Milicji, Komitet PPR - odcięte są od jakichkolwiek możliwości wzajemnego porozumienia się czy udzielenia sobie pomocy. Bandom udaje się zdobyć areszt, którego pilnowało kilku strażników. Areszt ten - dziś magazyn - był bardzo słabo ubezpieczony, ot raczej kurnik niż pomieszczenie dla więźniów. Zresztą, przetrzymywano tam tylko kilkunastu spekulantów i volksdeutschów. Napastnicy uwolnili ich, szumnie chwaląc się później, że w „Radomsku zdobyto więzienie” *).
        W ręce "Warszyca" wpada poczta. Stąd „warszycowcy” odpowiadają na telefon z Komendy MO, podszywając się pod UB i „radzą” milicji wyjść z Komendy i wspólnie z UB „zaatakować” oddziały "Warszyca". Ale ta mistyfikacja nie wyprowadza naszych w pole.
        Na ulicach miasta szaleją oddziały egzekucyjne "Warszyca", starając się schwytać i zamordować członków partii. Lecz ci, którzy mieli być zabici, jak w „nocy św. Bartłomieja” - albo byli w terenie na akcji przeciw bandom, albo zdołali uciec, uchronić się przed śmiercią.
        Coraz bardziej nieprzyjazne meldunki przynoszą podkomendni "Grotowi", który wraz ze swym sztabem zajął miejsce przy kościele farnym i stamtąd kierował całą akcją.
        Nie udał się główny cel napadu - mimo zaskoczenia nie zdobyto UB, KP PPR i Komendy MO. Mimo niewielkich sił, nasi ludzie nie tylko obronili się, lecz w miarę upływu czasu przystępowali do kontrataku. Miasto trzęsło się od eksplozji granatów, które ludzie "Warszyca" starają się wrzucić do broniących się gmachów. Ale z okien tych budynków nieustannie również wysypują się granaty, okna plują ołowiem.
        O godzinie 2 min. 10 "Grot" rozumiejąc, że dalsza walka może mu przynieść tylko klęskę - decyduje się na wystrzelenie rakiet, oznaczających odwrót do lasu.
        Oto co na ten temat pisze w swym meldunku "Prawdzic":

        „Wystrzelenie mylnych rakiet powoduje nieporozumienie. Mimo tego jednak następuje powolny odwrót oddziałów: piotrkowskiego ul. Przedborską i radomszczańskiego na ul. Strzałkowską. Za miastem lustrowanie sił. O godzinie 2 min. 30, przewidziany odwrót samochodami nie odbył się, żołnierze wracają pieszo. Oddział nasz dobija do wsi Zabłocie, lecz o godz. 3 min. 30 nieprzyjaciel (czyli nasze oddziały KBW i UB - przyp. E. P.) pacyfikuje okoliczne lasy. Dowództwo traci głowę. Brak rozkazów. Powstaje silne zamieszanie. Oddział rozbija się i ucieka w nieładzie. W gorzędowskim lesie rozbitkowie grupy por. "Grota" rozwiązują oddział. Broń zostaje złożona. Nieprzyjaciel w tym czasie atakuje grupę, w lesie rozbija ją do reszty, znów brak rozkazów. Żołnierze rzucają broń i uciekają we wszystkie strony. W ręce KBW i UB dostaje się około 50 proc. naszej broni i 60 proc. granatów i amunicji. Dnia 20.IV., o godzinie 9 rano, oddział nasz przestał istnieć” - kończy swój meldunek "Prawdzic" **).
        Tak rozpoczyna się ostateczna klęska "Warszyca".

***

        Zaalarmowane napaścią na Radomsko ruszyły do szturmu oddziały KBW i Urząd Bezpieczeństwa z Łodzi. Rozpoczęły się długie, wielodniowe obławy. Ludzie nasi nie śpiąc i nie jedząc, ciągle narażeni na śmierć, przetrząsali lasy naszego województwa. To im trzeba zawdzięczać, że nigdy więcej nie powtórzyła się już u nas noc z 19 na 20 kwietnia.
        Uderzenie na "Warszyca" nastąpiło z dwóch stron. Jedna - to bezpośrednie potyczki i obławy na zbrojne leśne grupy. Druga - to właśnie wówczas w WUBP w Łodzi uchwycono nić, która miała zaprowadzić w głąb podziemia „warszycowego”, i zakończyła się serią aresztowań. Nie schwytano wtedy jeszcze tych najgrubszych „ryb” - ale już na nie zastawiono sieci.
        Ale, aby o tym opowiedzieć, musimy znowu cofnąć się do owej napaści na Radomsko. Trzeba przypomnieć o krwawym dziele por. "Klingi" i jego oddziału, o morderstwie na oficerze Armii Czerwonej, 7 żołnierzach radzieckich, o zabójstwie oficera KBW, por. Nogalewskiego, potyczce koło wsi Graby i o ostatecznej klęsce "Klingi", o nieustraszonym kapitanie X, który sam jeden schwytał czołówkę „warszycowych” oddziałów i krwawego kata "Klingę".
        ...A warto chyba te wszystkie fakty przypomnieć tym, którzy głoszą, że reakcja w Polsce była tylko czyimś „wymysłem”. Warto przypomnieć tym, którzy chcą głosić, że skoro stwierdzamy wypaczenia i błędy w pracy naszego aparatu bezpieczeństwa - to aparat ten nie ma w ogóle żadnych zasług. Tymczasem choćby przykład walki z "Warszycem" dowodzi niezbicie, jak wielkie były jego zasługi, że gdyby nie tysiące tych bohaterskich ludzi, życie w Polsce jeszcze długo byłoby widownią bestialskich mordów i zabójstw ze strony reakcyjnych band i podziemia.

        (d. c. n.)

        *) Uwolniono z aresztu 58 osób.
        **) Mowa jest oczywiście tylko o jednym oddziale "Warszyca". Inne wyszły cało, np. oddział "Klingi", i wkrótce wznowiły działalność.

nr 128, str. (?)


 

VI. Mord w gajówce Graby

        W nocy z 19 na 20 kwietnia 1946 r., podczas napadu na Radomsko, nastąpiły dwa zdarzenia, które zaważyły na dalszych losach oddziałów leśnych "Warszyca".
        ...Do otoczonego przez bandy miasta Radomska wjeżdża, i zostaje w drodze do Katowic zatrzymany przez bandy, samochód ciężarowy z przyczepą, należący do Korpusu Bezpieczeństwa. Na samochodzie jest 358 kompletów umundurowania wojskowego i 300 litrów wódki - wartości około 3 mln. złotych. Eskortuje samochód tylko dwóch żołnierzy, których banda rozbraja.
         ...Równocześnie o tej samej porze przejeżdża przez zaatakowane Radomsko samochód z 7 żołnierzami i oficerem Armii Radzieckiej, powracającymi z Niemiec do stron rodzinnych, gdzie mają być zdemobilizowani. Oddział "Klingi" zatrzymuje ten samochód przy ul. Krakowskiej. "Klinga" i jego ludzie częściowo poprzebierani są w mundury Wojska Polskiego, dokoła słychać strzelaninę. Zupełnie nie orientujący się w tej sytuacji oficer Armii Radzieckiej, Kudraszew, zdziwiony pyta "Klingę":
        - Co się tu dzieje? Kto tak strzela?
        „Dowódca naszego oddziału, "Klinga", odpowiedział mu: 1)
        - To my strzelamy...
        Wtedy oficer radziecki rozkazał jechać mu wraz z sobą do komendy, aby wyjaśnić tę strzelaninę”.
        „I wtedy "Klinga" odpowiedział: - partyzanci nikomu się nie podporządkowują... - wyjął pistolet i wystrzałem na miejscu zabił oficera”. [Z tekstu "Połanieckiej" wynika, że to "Klinga" osobiście zastrzelił oficera radzieckiego. Tymczasem Paweł Kowalski (IPN Łódź) w swoim tekście pt. "Tragedia pod Grabami" (opublikowanym w Biuletynie Instytutu Pamięci Narodowej nr 7 z 2001 r.) przytacza meldunek "Klingi" do "Warszyca", z którego wynika, że to nie "Klinga" lecz jeden z jego ludzi zabił oficera. Oprócz tego podczas procesu członków KWP Henryk Glapiński "Klinga" zeznał, że tym, który zabił oficera radzieckiego, był niejaki "Wilk" i że stało się to bez jego (tj. "Klingi") rozkazu. Zachodzi więc sprzeczność między świadectwami "Klingi" a tym, co napisała "Połaniecka" - przyp. S. Formella]
        Tak więc oddział "Klingi" podczas napadu na Radomsko uzyskał samochód z umundurowaniem i samochód z 7 żołnierzami Armii Radzieckiej.
        Z pierwszego samochodu bandyci przeładowują zdobycz na furmanki, samochód zaś odsyłają do Katowic. Na drugi samochód ładują się sami i porwawszy siedmiu żołnierzy radzieckich odjeżdżają w lasy, do swej meliny w gajówce Graby (koło wsi Ciężkowice i Żytna).

***

        Do gajówki Graby oddział "Klingi" przybył około godziny 7 rano 20 kwietnia.
        I tu - jak wynika z zeznań kilku członków bandy, a m. in. Knopa ps. "Własow", Chmielewskiego i innych - sprawa miała następujący przebieg:
        Najpierw banda "Klingi" zjadła wspólnie z Rosjanami obfite śniadanie, zakropione kilkoma kieliszkami wódki. Rosjanie opowiadali, że powracają do swych domów z wojny, że kilka lat nie widzieli swych żon, matek, dzieci. Pytali szczerze: „Czego od nas chcecie, dlaczego zabiliście Kudraszewa? To człowiek dobry, uczciwy, wspaniały żołnierz, co on wam zawinił, przecież i on, i my braliśmy udział w wyzwoleniu Polski od hitlerowców..."
        Bandyci byli wobec Rosjan bardzo wylewni, ba, nawet klepali ich po plecach przekonując, że zabójstwo Kudraszewa było tylko przypadkiem, że puszczą ich wolno do domu, że nie mają przeciw nim zupełnie nic.
        Potem "Klinga" na propozycję "Ponurego" rozkazał Rosjanom założyć telefon od gajówki Graby do czujki w lesie. Rosjanie na zakładaniu telefonu znali się bardzo dobrze, byli z oddziału łączności.
        Budowa linii telefonicznej trwała od 11 do 12 w południe. Po wykonaniu rozkazu żołnierze radzieccy powrócili do gajówki. Wówczas "Klinga" nagle wydał rozkaz rozstrzelania 7 Rosjan...

***

[Oto gajówka Graby w pow. radomszczańskim. Tu na skraju lasu banda "Klingi" dokonała krwawego mordu.]

        Ten rozkaz "Klingi" był tak zaskakujący, że oficer śledczy, przesłuchujący później schwytanych bandytów, nie mógł powstrzymać się od pytania: „Czy "Klinga" był pijany?” - co zostało zanotowane w zeznaniach. „Wypił tylko kilka kieliszków” - zeznają bandyci.
        Rozkaz "Klingi" przeraża swoim bestialstwem.
        Żołnierze radzieccy zmuszeni zostają do wykopania sobie grobu na skraju lasu, obok gajówki. Już nie proszą o życie, wiedzą, że mają do czynienia z bestiami. Wykopawszy dół, żegnają się między sobą, całują się...
        Jest w bandyckich zeznaniach pewna luka. Jest coś, co zastanawia. Dlaczego tych 7 Rosjan nie zabito od razu w Radomsku, a wieziono aż do gajówki, dlaczego na mord zdecydowano się dopiero po południu?
        Jak wynika z innych zeznań - "Klinga" w sprawie żołnierzy radzieckich wysłał specjalnego łącznika do "Warszyca". Łącznik powrócił dopiero po południu. Rozkaz "Warszyca" brzmiał: „Rozstrzelać”...
        Mord w gajówce Graby obciąża bezpośrednio i "Warszyca". [Paweł Kowalski w wyżej wymienionym tekście cytuje zeznania Stanisława Sojczyńskiego. "Warszyc" twierdził, że nie wydał rozkazu rozstrzelania wziętych do niewoli żołnierzy radzieckich. Zeznał on również, że o zamordowaniu tych żołnierzy dowiedział się „długo po wypadku” natomiast meldunek o tym wydarzeniu dotarł do niego „z wielkim opóźnieniem”. Gdzie więc leży prawda? - przyp. S. Formella]

***

        Około godziny 5 po południu odpoczywający w gajówce Graby oddział "Klingi" usłyszał dalekie wystrzały, równocześnie czujka wystawiona w lesie nadała meldunek telefoniczny. "Klinga" zarządził alarm. Pod wieś Graby podchodził oddział KBW...

        (d. c. n.)

        1) Fragmenty zeznań członka bandy Ryszarda Ch.

nr 133, str. (?)




VII. Krwawe potyczki

        Gdy ciszę leśną zmąciły wystrzały, w gajówce Graby, gdzie po napadzie na Radomsko wypoczywała grupa krwawego "Klingi", zarządzono alarm. Uczestnik bandyckich napadów tak opowiadał o tym przed sądem:

        "Klinga" momentalnie zrobił alarm i cały nasz oddział, liczący 45 ludzi, wybiegł na skraj lasu i otworzył ogień z RKM i automatów do rozsypanego w tyralierę na polu oddziału Wojska Polskiego. Bój na skraju lasu pod wsią Graby trwał mniej więcej godzinę. Oddział Wojska Polskiego (KBW) prowadził do nas ogień z działka, automatów i karabinów. W końcu jednak, mimo że żołnierzy było więcej niż ludzi "Klingi" - zwycięstwo poczęło przechylać się na naszą stronę...”

        Dlaczego? Nie trudno zrozumieć. Oddział WP był na otwartym polu, banda "Klingi" kryła się w lesie i broniła do niego dostępu. W takiej sytuacji o wiele łatwiej jest bronić się, niż atakować.

        „Ze strony WP padło zabitych 11 żołnierzy i oficerów, a 16 było ciężko rannych. Z bandy "Klingi" padł tylko jeden w boju, a drugi został zastrzelony przez "Własowa", gdy próbował uciec z placu. "Klinga" zdobył broń maszynową, 2 samochody ciężarowe, na które załadował zdobycz...
        „Po ukończeniu walki wszystkich rannych żołnierzy WP załadowaliśmy na samochód ciężarowy i sanitarkę i odesłaliśmy do szpitala, zaś ośmiu zabitych żołnierzy i oficerów WP zawieźliśmy następnego dnia rano do wsi Ciężkowice i przekazaliśmy sołtysowi. 4 zaś oficerów Armii Radzieckiej, którzy wraz z oddziałem WP wzięli udział w walce, bo mieli nadzieję, że odbiją schwytanych przez nas 7 żołnierzy radzieckich - pochowaliśmy we wsi Graby koło krzyża...”

        Następnego dnia około godziny 13 oddział "Klingi" na zdobytych ciężarówkach wyjechał w kierunku wsi Żytno. Przejeżdżając przez wieś bandyci zauważyli przed jednym z domów grupę żołnierzy KBW. Ponieważ bandyci przebrani byli w mundury KBW, pochodzące ze zrabowanego podczas napadu na Radomsko transportu i jechali na zdobytych samochodach ze znakami WP - podjechali śmiało pod grupę żołnierzy. Ci oczywiście przyjęli ich za swoich, rozpoczęli przyjacielską rozmowę, podczas której bandyci ich otoczyli i na znak dany przez "Klingę" - rozbroili. Oficer KBW, dowódca tej grupy, tow. Nogalewski nie chciał się poddać bandzie, próbował wyrwać się z ich rąk, ale go dopadli. Zastrzelił go "Klinga".
        Było to po południu 21 kwietnia 1946 roku. Tak od zbrodni do zbrodni szedł oddział krwawego kata "Klingi". Nie mija godzina od rozbrojenia oddziału w Żytnie, a banda "Klingi" wyjeżdża w kierunku wsi Ewine i na szosie napotyka nowy oddział wojskowy. Jeden z bandytów zeznawał przed sądem:

        „Żołnierze napotkanego oddziału zeskoczyli z samochodu i przybrali bojowy porządek, nasz oddział również ustawił się w szyku bojowym. Lecz "Klinga" porozmawiał z jednym z oficerów. Nie wiem, o czym rozmawiał. Faktem jest, że do potyczki nie doszło, że rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę”...

        Lecz odtąd "Klingę" zaczyna prześladować pech.
        22 kwietnia oddział jego zostaje rozbity przez KBW koło wsi Popielarnia i idzie w rozsypkę. Kilku bandytów zostaje aresztowanych, gdy szuka ukrycia w swych domach w Radomsku.

[Oto pole bitwy pod wsią Graby, gdzie w dn. 20 kwietnia "Klinga" stoczył krwawą potyczkę.]

        Krwawy kat "Klinga" nie chce jednak dać za wygraną. 15 maja na rozkaz "Warszyca" jeszcze raz montuje oddział i tego samego dnia napada na posterunek MO w Kruszynie. 21 maja toczy bój z oddziałem szkolnym MO koło wsi Bartków, gdzie zabitych zostaje 2 milicjantów. 8 czerwca walczy koło wsi Radomsk z oddziałem 6 p. p. WP z Częstochowy.
        Coraz ciaśniej jest "Klindze" w Radomszczańskiem, coraz częściej trafiają na niego oddziały KBW, które - nie śpiąc i nie jedząc - dzień i noc tropią go we wszystkich leśnych kryjówkach i raz za razem zadają ciosy.
        „Grunt się nam pali pod nogami” - alarmuje "Klinga" dowództwo. Ale "Warszyc" ma coraz nowe kłopoty. Zagląda mu w oczy klęska. Na początku maja w Radomsku toczy się proces przeciw schwytanym przez WUBP siedemnastu bandytom, a wśród nich i "Grotowi", który dowodził w napadzie na Radomsko. Sprawa toczy się przed Sądem Doraźnym. Dwunastu bandytów otrzymuje kary śmierci. Wyrok zostaje wykonany przez rozstrzelanie.
        "Warszyc" próbuje wyrok wykorzystać na swoją korzyść. Bandyci rozpuszczają wśród ludności i w swych szeregach wieści jakoby skazani na karę śmierci nie zostali rozstrzelani, ale zamęczeni w "kazamatach UB". Do Bąkowej Góry, gdzie pochowano rozstrzelanych, przychodzi nocą liczący 300 osób oddział "Warszyca", który dokonuje ekshumacji zwłok... Ale wieści o znęcaniu się nad skazanymi okazują się fałszywe.
        Jak jednak fałsz potrafi głęboko zapuścić korzenie świadczy fakt, że do dziś krążą po Radomsku podobne brednie. A przecież wystarczy pojechać do Bąkowej Góry - tak jak zrobiło to kilku przedstawicieli redakcji - aby dowiedzieć się od naocznych świadków, od tych, którzy oglądali ekshumowane zwłoki, że rozpuszczane przez "Warszyca" wieści były kłamliwe.
        Ten fragment został napisany dla tych, którzy jeszcze dziś na tym fałszu próbują budować nadzieje, że owych rozstrzelanych uda się „zrehabilitować” jako ofiary „beriowszczyzny”. A przecież były to ofiary własnych przestępstw, własnych morderstw i napadów, ofiary manowców, na które sprowadziła ich zbrodnicza działalność "Warszyca". Były to ofiary "Warszyca", któremu w oczy zajrzała klęska, widmo surowej odpowiedzialności za setki zabitych ludzi, za krew ludzką, łzy i krzywdę.

nr 137, str. (?)

        W tym samym numerze 137 "Głosu" znajdował się początek trzeciego cyklu reportaży, pt. "Klęska".

 


=====================================================================
Ewa Połaniecka: Cykl artykułów „Warszyc!”, cz. 3. - „Klęska”
=====================================================================
https://web.archive.org/web/20071022050034/http://nienacki.art.pl/a_warszyc_kleska.html
=====================================================================

I / II / III / IV / V / VI / VII / VIII / IX / X / XI

        Zbigniew Nienacki znany jest szerszemu gronu czytelników przede wszystkim jako autor cyklu o Panu Samochodziku oraz kontrowersyjnych dzieł dla dorosłych, spośród których wyróżnia się w pierwszym rzędzie "Raz w roku w Skiroławkach". Tak się jednak składa, że w kręgu zainteresowań tego pisarza znajdowały się również wydarzenia z najnowszej historii Polski. Chodzi tu konkretnie o walkę komunistycznego aparatu bezpieczeństwa ze zbrojnym podziemiem niepodległościowym, która miała miejsce w okresie następującym bezpośrednio po zakończeniu II wojny światowej. Zbigniew Nienacki poruszył tę problematykę w swoich powieściach pt. "Worek Judaszów" oraz "Liście dębu". Pamiętać też trzeba, że oprócz pisarstwa trudnił się on również dziennikarstwem i w toku swej pracy dziennikarskiej także poruszał ten temat.
        Chcielibyśmy zaprezentować na naszej stronie część artykułów prasowych wchodzących w skład cyklu reportaży opublikowanego pod tytułem "Warszyc". Cykl ów ukazywał się w 1957 roku w "Głosie Robotniczym", który był wówczas organem łódzkiego KW PZPR. Poświęcony jest on dziejom Konspiracyjnego Wojska Polskiego (KWP) oraz osobie jego założyciela oraz pierwszego komendanta Stanisława Sojczyńskiego czyli tytułowego "Warszyca".
        Ciekawie przedstawia się sprawa autorstwa serii artykułów o "Warszycu". Każdy tekst podpisany jest nazwiskiem "Ewa Połaniecka". Cóż więc to wszystko ma wspólnego z osobą Zbigniewa Nienackiego? Otóż okazuje się, że "Ewa Połaniecka" to pseudonim, pod jakim kryje się właśnie autor przygód Pana Samochodzika. Badacz dziejów KWP, Tomasz Lenczewski, który na początku lat 90-tych korespondował ze Zbigniewem Nienackim, twierdzi, że pisarz przyznał się do autorstwa tekstów opublikowanych pod nazwiskiem Ewy Połanieckiej, czym zresztą potwierdził informacje, które T. Lenczewski otrzymał jeszcze w okresie wcześniejszym od pewnego ubeka.
        Generalnie seria artykułów o "Warszycu" składa się z trzech części. Każda z nich dzieli się z kolei na opatrzone własnymi tytułami odcinki. Obecnie jesteśmy w posiadaniu tekstów wchodzących w skład części drugiej (nosi ona tytuł "Akcja na Radomsko") oraz trzeciej ("Klęska"), które poniżej prezentujemy. Opisują one w sensacyjnej formie wydarzenia, które miały miejsce w latach 1946-1947. Konkretnie chodzi tu o dzieje KWP, jego działalność na terenie województwa łódzkiego oraz działania organów bezpieczeństwa mające na celu likwidację KWP oraz aresztowanie jego przywódców.
        Opublikowane przez "Ewę Połaniecką", czyli Zbigniewa Nienackiego w "Głosie Robotniczym" teksty o "Warszycu" bardzo jednostronnie ukazują zagadnienie zwalczania zbrojnego podziemia antykomunistycznego po II wojnie światowej. Reprezentowany jest w nich oficjalny, zgodny ze stanowiskiem PZPR, pogląd na najnowszą historię Polski. Żołnierze dowodzonego przez "Warszyca" KWP określani są w tych reportażach mianem bandytów. W pozytywnym z kolei świetle ukazani są w tychże tekstach funkcjonariusze organów bezpieczeństwa, z którymi autor wyraźnie się utożsamia. We wspomnianej już korespondencji z Tomaszem Lenczewskim skruszony Zbigniew Nienacki twierdził, że w owym czasie nie mógł pisać inaczej, natomiast materiały źródłowe wykorzystane w toku prac nad reportażami wydzielane były przez bezpiekę.
        Wydarzenia opisane w prezentowanych poniżej reportażach wykorzystane zostały przez Zbigniewa Nienackiego do przy tworzeniu niektórych jego powieści. Chodzi tu oczywiście o wspomniane już wcześniej "Worek Judaszów" oraz "Liście dębu". W szczególności warto zwrócić w tym miejscu uwagę na "Worek Judaszów", gdyż wydarzenia opisane w reportażach o "Warszycu" stanowią w wypadku tej powieści nie tylko ogólne tło historyczne, lecz również szkielet faktograficzny, w oparciu o który skonstruowana została fabuła książki. Czytelnicy "Worka" z pewnością dostrzegą w tekstach o "Warszycu" pierwowzory wydarzeń i postaci występujących w tejże powieści. Przede wszystkim mamy tu na myśli Alberta, czyli majora C25, głównego bohatera "Worka". W reportażach o "Warszycu" występuje on jako "Anglik" i nie należy go mylić z występującym tu i ówdzie w tychże tekstach "Albertem". Człowiek o pseudonimie "Albert" pojawiający się w artykułach "Połanieckiej" to por. Ksawery Błasiak, adiutant i zastępca Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca" i nie ma on nic wspólnego (poza pseudonimem) z Albertem z powieści "Worek Judaszów". Kim jest jednak ten ostatni, w tekstach "Połanieckiej", jak już wspomniałem, nazywany "Anglikiem"? Otóż w świetle obecnej wiedzy historycznej człowiekiem tym był nieznany z imienia i nazwiska pracownik Wydziału II Głównego Zarządu Informacji WP. Występował on pod pseudonimami Z-24 oraz "Siwiński". Po aresztowaniu "Warszyca", które miało miejsce pod koniec czerwca 1946 r., przyczynił się on walnie do pojmania wielu dowódców KWP.
        W tym miejscu wielu z Was zapyta zapewne „A co z Rokitą, kto jest jego pierwowzorem?” ...Tym razem jednak nic nie wyjawię, gdyż byłoby to jak opowiadanie treści filmu jeszcze przed emisją. Nie odbiorę przyjemności czytelnikom "Worka Judaszów", którzy w trakcie lektury z całą pewnością sami odpowiedzą sobie na nurtujące ich pytanie. Co zaś się tyczy osób, które "Worka" jeszcze nie czytały, to nie pozostaje nic innego jak tylko zachęcić je do przeczytania tej, choć kontrowersyjnej, to jednak bardzo ciekawie napisanej książki.

Sławek Formella

 

        Pierwszy cykl reportaży, pod tytułem "Warszyc!" i drugi, pod tytułem "Akcja na Radomsko", ukazały się we wcześniejszych numerach "Głosu Robotniczego".

 

I. Po nitce do kłębka

        Aby zrozumieć, w jak skomplikowanych i trudnych warunkach doszło do zwycięstwa nad "Warszycem", trzeba cofnąć się aż do kwietnia 1946 r.
        15 kwietnia, podczas rozlepiania ulotek antypaństwowych, na ulicach Łodzi aresztowany został niejaki J. W., u którego znaleziono 270 egzemplarzy odezwy pt. "Komunikat Dowództwa S. G. Grupy «Lasy" oraz odezwy pod tytułem "Stanowisko Kierownictwa Walki z Bezprawiem". W wyniku szybkiego śledztwa ustalono, że na terenie Łodzi w lipcu 1945 roku zorganizowana została placówka organizacyjna "Warszyca". Placówka ta była jednocześnie grupą propagandowo-egzekucyjną, pozostającą pod dowództwem B. S., u którego znaleziono powielacz, pistolet maszynowy, amunicję, trzy pistolety, granaty itd. Grupa ta utrzymywała łączność z por. "Grotem" (dowódcą napadu na Radomsko), dowódcą II batalionu pod kryptonimem "Żniwiarka", rozlokowanego na terenie powiatu piotrkowskiego. Właśnie od "Grota" placówka w Łodzi otrzymywała literaturę antypaństwową - a więc zapewne gdzieś w Piotrkowskiem była owa od dawna poszukiwana przez organa bezpieczeństwa drukarnia "Warszyca".
        Komendantem placówki łódzkiej "Warszyca" był niejaki B. S. W mieszkaniu jego władze bezpieczeństwa urządziły zasadzkę, w którą wpadł pewien uczeń gimnazjalny z Piotrkowa.
        Władze bezpieczeństwa schwyciły pierwszą nitkę. Dokąd ich ona zaprowadzi?

nr 137, str. (?)

        17 kwietnia 1946 roku organa bezpieczeństwa organizują zasadzkę w mieszkaniu komendanta placówki "Warszyca" w Łodzi. W zastawioną sprytnie sieć wpada pewien uczeń gimnazjalny z Piotrkowa. Władze bezpieczeństwa sądzą, że to on jest bezpośrednim łącznikiem placówki w Łodzi z "Grotem", dowódcą "Żniwiarki" w pow. piotrkowskim. Lecz tak nie jest. Bezpośrednią łączniczką Łodzi z "Grotem" okazuje się uczennica, pseudo "Basia".
        Z UB z Łodzi wyrusza do Piotrkowa specjalna grupa operacyjna. Znowu zasadzka - tym razem w mieszkaniu "Basi". I następna zasadzka, już w mieszkaniu "Grota".
        "Grota" jednak nie ma w Piotrkowie. W tym samym czasie, gdy w jego mieszkaniu czeka grupa operacyjna władz bezpieczeństwa, "Grot" organizuje napad na Radomsko, dowodzi siłami zbrojnymi "Warszyca".
        Po napadzie na Radomsko - jak wiemy z meldunków "Prawdzica" - grupa "Grota" zostaje zaatakowana z dwóch stron przez oddziały KBW i Bezpieczeństwa, idzie częściowo w rozsypkę. "Grot" zdaje dowództwo "Longinusowi", a sam w dniu 20 kwietnia, a więc następnego dnia po akcji na Radomsko wraca do Piotrkowa do swego mieszkania i tu... wpada wprost w ręce oczekujących go oficerów UB.
        Nie długo więc było danym "Grotowi", czyli Janowi Rogólce - chlubić się napadem na Radomsko, który stał się fundamentem legendy o niezwyciężonym "Warszycu".
        W dniach 6 i 7 maja 1946 roku "Grot" i szesnastu innych odpowiada już przed Sądem Doraźnym w Radomsku. Wyrok w tym sądzie zamyka jeden rozdział historii band "Warszyca".

***

        Grupa operacyjna WUBP w Łodzi podczas swej bytności w Piotrkowie, w wyniku szybko przeprowadzonego śledztwa, a przede wszystkim dzięki niezwykle sprytnie pomyślanym zasadzkom - aresztuje łączniczkę "Grota" na „skrzynkę” dowódcy grupy, a więc łączniczkę "Warszyca" i innych. Organy bezpieczeństwa aresztują również właściciela drukarni w Piotrkowie Henryka G., u którego drukowano odezwy "Warszyca". „Wpada” także osobista maszynistka adiutanta "Warszyca" noszącego pseudo "Albert", z którym ostatnio przeniosła się z Radomska do Częstochowy, do domu księży emerytów wraz z aktami i maszyną do pisania.
        Te aresztowania wskazują dalszą drogę łódzkiej grupie operacyjnej. Teraz wyjazd do Częstochowy!
        W mieszkaniu księży emerytów w Częstochowie zatrzymani zostają: C. R. pseudo "Romaszewski", organizator "Warszycowego" batalionu w pow. wieluńskim pod kryptonimem "Turbina", pełniący również funkcję drugiego zastępcy i adiutanta "Warszyca" i kilkunastu innych członków bandy.
        Nie zdołano jednak schwytać samego "Warszyca". W meldunku napisanym wkrótce po aresztowaniach w Częstochowie pisze jeden z oficerów śledczych:
        „Z pierwszych zeznań aresztowanych w Częstochowie wynika, że "Warszyc" czyli Stanisław Sojczyński, jego I adiutant i zastępca "Albert" oraz szef kancelarii "Wiktor" - uciekli do Gdańska a może do Katowic, gdyż w związku z aresztowaniami w Piotrkowie i akcją naszych oddziałów w piotrkowskiem i radomszczańskiem - byli bardzo zdenerwowani, prawdopodobnie wyczuli niebezpieczeństwo i opuścili Częstochowę na... 2 (dwie) godziny przed przybyciem naszej grupy operacyjnej”...
        Na... dwie godziny przed przybyciem grupy operacyjnej WUBP! Te dwie godziny zadecydowały, że "Warszyc", "Wiktor" i "Albert" mieli jeszcze przed sobą dwa miesiące wolności, bowiem "Warszyca" i "Alberta" aresztowano dopiero 27. VI, a "Wiktora" - 2. VII.
        Te dwie godziny sprawiły także, że padło jeszcze wielu zabitych i zamordowanych. Z nowych „melin” próbuje bowiem "Warszyc" podnieść do nowych akcji swoje częściowo rozproszone oddziały, jeszcze tu i ówdzie „obnaża kły”, kąsa - a każde „obnażenie kłów” to nowi zamordowani po wsiach i miasteczkach naszego województwa.
        Czy "Warszyc" i jego sztab rzeczywiście przeczuli niebezpieczeństwo, czy też po prostu ktoś ostrzegł ich przed mającym nastąpić przyjazdem grupy operacyjnej WUBP? Niestety, o tym nic mi nie jest wiadome..

***

        W oknach gmachu Urzędu Bezpieczeństwa aż do rana nie gasną światła. Opracowuje się plany zasadzek na "Warszyca" i na jego dowódców, a przede wszystkim na komendantów grup leśnych i krwawego kata "Klingę", który na czele swej bandy szlakiem usianym zabójstwami, przemierza powiat radomszczański. Lecz dla oficerów WUBP nie jest tajemnicą, że tacy jak "Klinga", którzy ręce mają unurzane we krwi nie dadzą się schwytać żywcem, wiedząc, że wyrok sądu władzy ludowej może być tylko jeden - kara śmierci. Lecz przecież chodzi o to, żeby ująć ich żywcem, aby poznać strukturę organizacji podziemnej, jej kontakty, jej działalność.
        Po długich naradach powstaje wprost genialny plan ujęcia niektórych dowódców band leśnych "Warszyca". Plan ten ma jeden brak. Wymaga niesłychanej wprost odwagi od jednego człowieka, wymaga pełnego poświęcenia się, poświęcenia własnego życia. Ludzi, którzy gotowi byli poświęcić swe życie dla dobra sprawy, było w szeregach naszych organów bezpieczeństwa wielu. Musiał być to jednak człowiek odznaczający się oprócz odwagi i gotowości oddania życia jeszcze kilkunastu nieprzeciętnymi cechami. Opanowanie, spryt, odpowiednie warunki zewnętrzne, znajomość pewnych języków w postaci wprost doskonałej, posiadanie prawa jazdy - oto zaledwie kilka z warunków jakich wymagano od owego człowieka.
        Czy go znaleziono?...

        (d. c. n.)


 

II. Na widowni pojawia się oficer "Intelligence Service"*)

        Na początku czerwca 1946 roku, baby-plotkarki w Radomsku poczęły podawać sobie z ust do ust wiadomość: „Moja pani, słyszała pani? Niedaleko Radomska przeleciała cała armia samolotów angielskich, tak pani. A z jednego z tych samolotów spadł na spadochronie oficer angielski, tak pani, do "Warszyca" przyleciał, na spotkanie z nim...”
        Wkrótce jeden z członków bandy "Warszyca" dowiedział się od chłopów, że na skraju lasu niedaleko Pławna znaleziono angielski spadochron. Czyżby więc plotkarki mówiły prawdę?
        W poszczególnych oddziałach i grupach "Warszyca" odbyły się narady jak odnaleźć owego oficera Anglika. Zeskoczył ze spadochronem, nie wiadomo czy ma w Polsce jakiś „kontakt”, a nuż wpadnie w „łapy” urzędu bezpieczeństwa?
        Ale odnalezienie owego Anglika nie było łatwe. Dopiero w kilka dni później dowiedział się "Klinga" przez swych łączników, że podobno w domu przy jednej z głównych ulic w Radomsku ukrywa się bardzo dziwny osobnik. Za pokój umeblowany płaci bardzo dużo - no, takich ludzi było wtedy wielu, szczególnie tych, co nigdzie nie pracowali, rzadko wychodzili z domu, palili amerykańskie papierosy - a właśnie do takich należał ów tajemniczy osobnik. Nie to więc czyniło go „tajemniczym”. Sensację budził jedynie fakt, że ów bardzo zamożny, bardzo spokojny i nie pracujący nigdzie jegomość - każe sobie robić kąpiel aż trzy razy dziennie. Taki czyścioch!
        „Nie pani, to nie Polak. Za czysty. To na pewno jest ów Anglik, choć pięknie mówi po polsku” - dyskutowały plotkarki. I tak wieść o tajemniczym „czyściochu” zawędrowała do leśnego oddziału "Klingi".

        (d. c. n.)

        *) Niektóre sprawy w tym rozdziale uległy niewielkiemu przeinaczeniu, żeby uniemożliwić identyfikację osoby istniejącej rzeczywiście.

nr 139, str. (?)


 

III. Oficer "Inteligence Service" czy Urzędu Bezpieczeństwa?

        Tajemniczy osobnik, o którym tu i ówdzie w Radomsku szeptano, że wyskoczył z angielskiego samolotu, że jest oficerem angielskiego wywiadu "Inteligence Service", że pragnie się skontaktować z "Warszycem" - jakby nieświadomy krążących wokół niego plotek, spokojnie wypoczywał na łóżku po gorącej kąpieli, gdy gospodyni wynajmująca mu pokój, dyskretnie zapukała do jego drzwi:
        - Proszę pana, ktoś chce z panem porozmawiać. Czeka w korytarzu...
        - Taaak? - zdziwił się "Anglik", bo tak go będziemy od tej chwili nazywać.
        Gospodyni chciała dodać, że jej zdaniem oczekujący na rozmowę mężczyzna nie wydaje jej się godnym zaufania, że lepiej może, aby "Anglik" wyszedł z mieszkania kuchennymi drzwiami i pozwolił jej oświadczyć, że wyjechał. Ale spokój "Anglika" zamknął jej usta.
        - Więc wprowadzić tu tego pana? - zapytała niespokojna.
        - Tak.
        I swobodnie wyciągnięty na łóżku "Anglik" sięgnął po gazetę.
        Po chwili do pokoju wszedł młody chłopak - wysoki, w długich butach z cholewami, w sportowej marynarce. Ukłonił się grzecznie, z szacunkiem, a choć "Anglik" nawet gestem nie zachęcił go do rozmowy, usiadł na krześle obok łóżka.
        - Przyszedłem tu, aby odbyć z panem bardzo poważną i szczerą rozmowę - z tupetem oświadczył.
        - Taaak? - znowu zdziwił się tamten.
        - Może pan mieć do mnie pełne zaufanie...
        - Czyżby? - ironizował. Tupet młodego człowieka powoli poczynał niknąć. Zdobył się jednak na nową próbę przekonania "Anglika", że jest osobą godną zaufania i szkolną angielszczyzną rzekł:
        - Domyślam się, kim pan jest, ale przysięgam, że nie zdradzę. Przyszedłem tu, aby panu dopomóc.
        - Niestety, nie rozumiem po angielsku - odpowiedział "Anglik".
        Wówczas młody człowiek szepnął bezradnie:
        - Przecież pan jest oficerem "Inteligence Service".
        "Anglik" pokręcił głową.
        - Przeciwnie. Jestem oficerem Urzędu Bezpieczeństwa...
        Młody człowiek w chwili gwałtownego strachu próbował sięgnąć ręką za pazuchę swej sportowej marynarki, ale "Anglik" go uprzedził. W wyciągniętej spod kołdry dłoni trzymał odbezpieczony pistolet.
        - Łapy do góry, smarkaczu! No, szybciej, szybciej! Do góry ręce! - mówił spokojnie, cicho, ale w sposób nie znoszący sprzeciwu.
        - Smarkacz! Po co pan do mnie przyszedł? No, jazda, wynoś się ode mnie! Ale już! Szybko, natychmiast...
        A gdy młody człowiek zniknął pośpiesznie za drzwiami, "Anglik" zabrał się z powrotem do czytania gazety. Była to "Gazeta Ludowa"...

***

        Następnego dnia w oddziale leśnym w „melinie” koło Żytna „młody człowiek” zdawał raport ze swej wizyty u "Anglika".
        - To nie "Anglik". To facet z Urzędu Bezpieczeństwa.
        - Skąd wiesz o tym?
        - Sam mi powiedział. Zapytałem, czy jest oficerem angielskim, a on odpowiedział: „Nie, jestem oficerem Bezpieczeństwa”...
        - Durniu! To miał ci się przyznać, że jest Anglikiem? Przecież mógł sądzić, że przyszedłeś go podpytać, wybadać... Kazałem podejść do niego sprytnie.
        - Sprytnie? Zacząłem z nim rozmowę po angielsku, ale powiedział, że nie rozumie...
        - A co ci miał powiedzieć? Że rozumie? Żeby się zdemaskować?
        Tak więc w oddziale postanowiono jeszcze raz spróbować nawiązać kontakt z "Anglikiem". Zrobić to miał jednak ktoś rozsądniejszy i poważniejszy...


 

IV. "Babinicz", "Longinus", "Laluś", "Rudy", "Lew" i inni

        Kilka poprzednich odcinków szkicu o "Warszycu" mogłyby w Czytelnikach spowodować wrażenie jakoby wraz z ofensywą oddziałów KBW i Bezpieczeństwa oraz długim szeregiem aresztowań, a także niebezpieczeństwem, w jakim znalazł się i sam "Warszyc" - działalność leśnych band i podziemia została choć w części osłabiona. Tymczasem obraz taki byłby zupełnie daleki od rzeczywistości. Podkreślić to należy szczególnie dlatego, aby zrozumieć, że walka z "Warszycem" była dla Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi zaledwie jednym z poważnych odcinków bardzo szerokiego frontu walki z podziemiem w naszym województwie. W tym samym czasie, gdy „wojsko” "Warszyca" przygotowywało akcję na Radomsko, gdy nastąpił ów napad, a potem rozbicie oddziału "Grota", "Longinusa", gdy toczono potyczki z "Klingą" - ciągle trwały skrytobójcze mordy, dokonywane nie tylko przez ludzi podległych "Warszycowi", ale i przez inne, zupełnie samodzielnie działające bandy.
        Oto w Wieluńskiem - w okolicy Praszki, Mierzyc, Rudnika - prowadziła nieustannie działalność terrorystyczno-rabunkową banda złożona z 60 ludzi pod dowództwem "Babinicza" (Alojzy Olejnik).
        Również w Wieluńskiem, ale w okolicach Wieruszowa, Bolesławca, Czastar i Skomlina, działał kilkakrotnie rozgromiony "Rudy" na czele 20 ludzi, ("Rudy" - Stanisław Paneli).
        W powiecie łaskim w pobliżu Widawy i Zelowa grasował "Wujek" na czele około 20 ludzi.
        W pow. brzezińskim, w okolicy Rogowa, terroryzowała i rabowała banda "Lalusia", złożona z resztek rozgromionego oddziału "Wichra". "Laluś" dowodził około 20 ludźmi.
        Ponad 20 osób miała banda "Śmiałego", operująca w pow. rawsko-mazowieckim i koło Głuchowa.
        W pow. koneckim - w okolicy miejscowości Odrowąż - działał ze swą grupą "Lew"; w pow. skierniewickim kręciła się dziesięcioosobowa banda "Burzy", a w piotrkowskim - banda "Orkana".
        A obok tych wszystkich wymienionych tu grupek - oddziały leśne "Warszyca" i jego ogromne podziemie, składające się z ludzi, którzy zbierali się tylko dla jednorazowych krótkich wypadów, a potem rozchodzili po domach. W nocy napadali, w dzień pracowali na roli, handlowali. Z tego rodzaju bandami walka była najtrudniejsza.
        Zapewne trapi wielu pytanie: czemu przypisać, że ta ogromna masa ludzi tak ślepo wykonywała rozkazy "Warszyca"? Czy nie było jakichś prób buntu albo prób przekreślenia swej bandyckiej przeszłości i powrotu do zwykłego spokojnego życia, do pracy?
        Były takie próby. Ale "Warszyc" tępił je surowo. Tego, który opuścił oddział, pragnąc rozpocząć nowe życie - traktowano jako zdrajcę i dezertera i zabijano nawet bez bandyckiego sądu. Przetrząsający lasy pracownicy Bezpieczeństwa niejednokrotnie znajdowali trupy członków bandy. Ci „zdrajcy” - to często gęsto także ludzie niewygodni dla swych dowódców.
        Najbardziej jednak tępiono wszelką myśl o ujawnieniu się. Oto jeden z rozkazów "Warszyca":

        „Manewr 93/27115
        Przed niedawnym czasem aresztowani zostali przez UBP "Grot" i plutonowy "Sarenka" wraz z bronią. Wczoraj UB zwolniło "Sarenkę", gdyż obiecał skontaktować się z porucznikiem "Burtą" i skłonić go do złożenia broni. W razie pokazania się "Sarenki" na terenie naszym - uchwycić go i zlikwidować bez śladu”.
        D-ca Manewru
        Raw. kpt.
        Otrzymali do wiadomości: "Burta", "Franek", "Longinus", "Albert".
        (Raw - to skrót, jakiego używał "Warszyc", w odwrotnym porządku podane pierwsze litery jego pseudonimu - war).

        (d. c. n.)

        *) Niektóre fakty wspomniane w niniejszym rozdziale uległy drobnym przeinaczeniom, aby uniemożliwić jakąkolwiek identyfikację z osobami istniejącymi w rzeczywistości.

nr 143, str. (?)


 

V. Aresztowanie i zeznania "Warszyca"

         27 czerwca aresztowany został "Warszyc", dowódca podziemia w woj. łódzkim. Z tym faktem związana jest cała legenda, lecz prawdą jest tylko to, że aresztowano go w wyniku „rozpracowania agenturalnego” (tak się to nazywa w języku organów bezpieczeństwa) i że zatrzymany został w „melinie” w Częstochowie, gdzie przebywał wraz ze swą przyjaciółką i osobistą sekretarką zarazem. Upadek "Warszyca" nie miał nic z bohaterstwa. "Warszyc" po prostu moczył sobie nogi w miednicy, gdy do „meliny” weszli... oficerowie WUBP.
        Legenda o "Warszycu" stworzona później przez jego podwładnych, przyjaciół i sympatyków opowiada jakoby podczas śledztwa nie zeznał on ani słowa. Nie jest to prawdą. Dowód stanowią grube pliki jego zeznań, które zresztą potwierdzał w czasie rozprawy sądowej. Prawdą jest tylko tyle, że przyznawał się do popełnionych czynów jedynie wtedy, gdy „czarno na białym” przedstawiano mu dowody, np. własnoręcznie przez niego podpisane rozkazy. Wówczas, powiedziałabym, odpowiadał bardzo chętnie na stawiane mu pytanie, zeznawał szeroko, nawet wyczerpująco...
        Nazwisko jego brzmiało - Stanisław Sojczyński. Urodził się 30. III. 1910 roku we wsi Żejowiec (w rzeczywistości wieś, gdzie urodził się "Warszyc", nosi nazwę Rzejowice - przyp. S. Formella) gm. Przerąb w pow. radomszczańskim, pochodzenie chłopskie. Z zawodu był nauczycielem, miał średnie wykształcenie i jak większość przedwojennych nauczycieli, był oficerem rezerwy (przed wojną w stopniu podporucznika, podczas okupacji - w stopniu porucznika, a później kapitana). Posługiwał się fałszywymi dokumentami. Podczas okupacji nosił nazwisko Andrzej Dębowicz, po wojnie - Roman Pietrzak. Miał żonę i troje dzieci, z których jedno jest już dziś dorosłe.
        W aktach śledztwa znajduje się bardzo dokładny rysopis "Warszyca" i notatka: „Wynik obserwacji, opanowany”.

***

        Tego samego dnia, co i "Warszyca" aresztowano również członka jego sztabu - "Romaszewskiego" nauczyciela z Sulmierzyc, 28 czerwca aresztowano Ksawerego Błasiaka ps. "Albert", 2 lipca - Stanisława Żelanowskiego ps. "Wiktor" - nauczyciela z Radomska. Zatrzymano także kilkunastu innych członków organizacji m. in. Albina Ciesielskiego ps. "Montwiłł".
        Warto zaznaczyć, że spośród wymienionych wyżej stosunkowo najbardziej „czystym” był "Romaszewski". Z początku pełnił funkcję dowódcy grupy "Turbina" na okręg wieluński, później był II adiutantem "Warszyca". Nie udowodniono mu żadnych zabójstw, morderstw ani też bezpośredniego wydawania rozkazów zabójstwa. Otrzymał tylko 8 lat więzienia. Na mocy amnestii wyszedł na wolność już w kwietniu 1950 roku, wkrótce ożenił się i powrócił do normalnego, uczciwego życia. Z tych też względów nie podaliśmy jego nazwiska.
        Piszę o tym, aby unaocznić fakt, iż władza ludowa potrafiła być wielkoduszna. Wraz z "Warszycem" zasiadło na ławie oskarżonych kilkunastu członków jego organizacji. Kary śmierci otrzymali tylko ci, którzy mieli ręce bardzo splamione krwią lub bezpośrednio wydali wiele rozkazów zabójstw, co według prawa przewyższa winę tych, którzy rozkaz wykonali.
        A oto fragmenty zeznań "Warszyca":
        „Pytanie: Czy wiadome wam jest, czyj jest projekt skonsolidowania ruchu podziemnego w Polsce?
        Odpowiedź: Motorem skonsolidowania ruchu podziemnego w Polsce jest nowy ośrodek dyspozycyjny finansowany z zagranicy, a znajdujący się w Warszawie.”
        Dalej "Warszyc" podaje nazwiska i rysopis "Korsaka" i "Stanisława", którzy skontaktowali go z nowym ośrodkiem dyspozycyjnym.
        „Pytanie: Podajcie, jakie kontakty mieliście z zagranicą?
        Odpowiedź: W listopadzie czy też w grudniu 1945 r. kontaktowałem się z Andersem. Jako łącznik do tego celu użyty był "Zapora", który pojechał do Krakowa na skrzynkę, jaką tam miał Anders.”
        W czasie przesłuchania "Warszyca" ujawniły się fakty współpracy niektórych pracowników organów bezpieczeństwa z podziemną organizacją. I tak okazało się, że władze bezpieczeństwa miały już w swych rękach adiutanta "Warszyca" (pseudonim "Albert"), którego aresztował PUBP Radomsko w marcu 1946 roku, lecz jakimś „cudem” został zwolniony z aresztu.
        Bardzo szczegółowo wyjaśnia "Warszyc" podczas śledztwa strukturę swej organizacji, szeroko mówi również na temat swej działalności.
        „Pytanie: Jakie było połączenie waszej organizacji z wywiadem obcym?
        Odpowiedź: Połączeń z wywiadem obcym w zasadzie nie posiadaliśmy. Ostatnio miałem przekazać ambasadom obcych państw materiały wywiadowcze o organizacji Informacji w Wojsku Polskim.
        Pytanie: Jakie powiązania mieliście z innymi podziemnymi grupami i z legalnymi partiami politycznymi?
        Odpowiedź: W przeciągu mojej działalności miałem kontakty z organizacją "WiN" i dość luźny związek z" Wielkopolską" - samodzielną grupą płk. Hańczy. Sympatyzowałem i wspierałem w swej propagandzie Polskie Stronnictwo Ludowe, Stronnictwo Pracy i PPS - londyńskie WRN nie ujawnione.
        Pytanie: Przez kogo i w jaki sposób org. KWP (Konspiracyjne Wojsko Polskie) czerpała swoje środki finansowe?
        Odpowiedź: Niektórzy administratorzy dworów, właściciele czy administratorzy młynów i dzierżawcy gorzelni oraz zamożniejsi kupcy i bogaci chłopi finansowali naszą organizację przez składanie dobrowolnych ofiar lub miesięczne opodatkowanie się. Drugim źródłem, z którego czerpaliśmy finanse, były napady na spółdzielnie Samopomocy Chłopskiej, kasy KKO i banki, monopol spirytusowy w Radomsku, akcje „zaopatrzeniowe” czyli zdobywanie siłą.
        Pytanie: Na jakich elementach bazowało KWP?
        Odpowiedź: KWP organizowało się z byłych członków AK, którzy nie ujawnili się i pozostali w konspiracji, poza tym z luźnych uzbrojonych grup AK. Organizacja nasza bazowała na środowisku PSL-owskim, WRN-owskim i Stronnictwa Pracy, poza tym, w pojedynczych wypadkach na środowisku „narodowym”. Niewielkie grupy NSZ przejęliśmy do KWP na Śląsku i duży oddział na terenie Polski centralnej.
        Pytanie: Wyjaśnijcie szczegółowo, jakie cele postawiła przed sobą organizacja KWP?
        Odpowiedź: Celem naszym była zmiana ustroju w Polsce. Życzyłem sobie, aby w wyborach wygrało PSL i także SP... W zwycięstwie ich widziałem drogę do zmiany ustroju w Polsce i osiągnięcie moich celów”.
        Również w zeznaniach innych członków sztabu "Warszyca" można przeczytać o kontaktach, jakie miało KWP z Polskim Stronnictwem Ludowym, o próbach nawiązania bezpośredniej łączności np. z prezesem PSL na powiat radomszczański, który miał ich skontaktować z Mikołajczykiem.
        Wbrew więc wielu zapewnieniom i ulotkom "Warszyca" jego organizacja nie była apolityczna. Była bardzo po1ityczna, walcząca o zmianę ustroju w Polsce Ludowej.
        Aresztowanie "Warszyca" i kilkunastu członków jego sztabu było poważnym ciosem dla KWP. Nie był to jednak jeszcze cios druzgocący. Pamiętać bowiem trzeba, że organizacja "Warszyca" była bardzo potężna, że liczyła ponad 6000 ludzi, podzielonych na duże i małe grupki. Aresztowanie "Warszyca" spowodowało popłoch i zamieszanie w szeregach organizacji, nie sparaliżowało jednak jej działalności. Pozostali bowiem na wolności dowódcy poszczególnych oddziałów np. "Klinga", "Janusz", "Roman", "Prawdzic" i inni. I gdy dziś przegląda się materiały i dokumenty z tamtych lat - widać wyraźnie, że aresztowanie "Warszyca" nie tylko nie położyło kresu krwawej działalności band w naszym województwie, ale po chwilowym i krótkim osłabieniu uczyniło tę działalność jeszcze okrutniejszą i zacieklejszą.
        Schwytanie "Warszyca" było wielkim sukcesem organów bezpieczeństwa. Ale nie przyniosło im wytchnienia. O tym jednak w następnych odcinkach.

nr 146, str. (?)


 

VI. Kim jest tajemniczy "Anglik"? Ujęcie "Klingi" i dwóch innych

         Od chwili aresztowania "Warszyca" i jego sztabowców - w podziemnych organizacjach zapanował popłoch. Aresztowania bowiem nie zakończyły się, a przeciwnie - liczba ich stale wzrastała. Raz po raz do najbardziej zakonspirowanych „melin” band wchodziły grupy operacyjne organów bezpieczeństwa. Raz po raz „wpadali” nawet ci, którzy byli przekonani, że nikt nic o nich nie wie. Ujęci bandyci po prostu „sypali” podczas śledztwa, zdradzali „skrzynki kontaktowe”, adresy i nazwiska. Reszty dopełniały druzgoczące uderzenia oddziałów KBW, które przeczyściły lasy naszego województwa tak dokładnie, że w owym czasie pozostały jedynie luźne, bardzo niewielkie grupy leśne. Rozbito bandę "Rudego", rozbito kilkakrotnie oddział "Klingi". Wśród bandytów szerzyły się fantastyczne plotki na temat rozmiarów aresztowań. Nikt z nich nie wiedział, co robić dalej. Pozbawieni dowództwa - potracili głowy, przerwane zostały wszelkie kontakty, rozpadł się misternie skonstruowany wywiad "Warszyca" w organach bezpieczeństwa, w sądownictwie, aparacie administracyjnym i państwowym. I tu bowiem dotrzeć potrafili pracownicy bezpieczeństwa.
        Jeden z raportów stwierdza: „Po ujęciu "Warszyca" wraz z całym sztabem, w lipcu 1946 r. aresztowano 800 osób, w tym: lekarzy, profesorów, nauczycieli. "Warszyc" posiadał swe wtyczki w WUBP, w PUBP, w sądach doraźnych, prokuraturze...”
        Osiemset osób to liczba ogromna. Lecz pamiętać należy, że i organizacja "Warszyca" była niezwykle liczna, że należało do niej 6 tys. członków. A przecież wiele osób pozostawało luźno związanych z organizacją, dostarczało środków, materiałów, pieniędzy, informacji itd.
        W takiej sytuacji wielu bandytów przerywało konspiracyjną robotę i uciekało na Ziemie Zachodnie, gdyż w woj. łódzkim „grunt palił się pod nogami”.
        "Klinga" - krwawy kat z Radomszczańskiego, do niedawna jeszcze dowódca oddziału leśnego, wsławionego licznymi mordami - postanowił szukać innej drogi ratunku. W orbicie jego zainteresowań znalazł się tajemniczy "Anglik", o którym plotka głosiła, że zrzucono go na spadochronie.
        Jeśli ów "Anglik" rzeczywiście jest oficerem "Intelligence Service", to zapewne ma jakieś kontakty z Anglią. Może więc uda się za jego pomocą i radą uciec z Polski do Anglii? - Taki był plan "Klingi".
        W tym celu powtórnie nawiązano rozmowę z "Anglikiem". Tym razem - o dziwo - poszło już znacznie łatwiej. "Anglik" chętnie spotkał się z kilku dowódcami "Warszyca" - z "Klingą", "Jurem", "Cis-Troją" i "Korczakiem". Mówił doskonałą angielszczyzną, a i polskim władał doskonale. Zresztą, jak się okazało, pracował w organach bezpieczeństwa z polecenia... wywiadu angielskiego. Nie dziwiły więc bandytów częste wizyty "Anglika" w urzędach bezpieczeństwa, jego szerokie stosunki, ba, nawet wpływy.
        Wkrótce "Anglik" poznał wielu dowódców „warszycowych” oddziałów, odwiedzał ich nawet w lesie i przy ognisku wspólnie z bandytami pił wódkę, udzielał cennych rad i wskazówek.
        Naprawdę, podziwiać trzeba niezwykłą odwagę tego człowieka, który będąc oficerem naszych organów bezpieczeństwa i nie mając, rzecz prosta, nic wspólnego z wywiadem angielskim - szedł bez mrugnięcia okiem w sam gąszcz oddziałów "Warszyca". Zgubić go mogło każde nierozważne słowo, czyjaś informacja lub po prostu czyjeś podejrzenie. Był to bowiem okres, gdy w oddziałach "Warszyca" panowały popłoch i histeria. Jedno podejrzenie wystarczyło, aby cieszący się do tej pory pełnym zaufaniem bandyta dostał kulę w łeb od przerażonych współtowarzyszy.
        I oto ten człowiek szedł na spotkania z dowódcami band, jeździł z nimi do lasu. Życie jego w tym czasie obfitowało w tyle dramatycznych momentów, że starczyło by tego na wielką powieść. Plan bowiem opracowany przez nasze władze bezpieczeństwa nie był prosty. Nie chodziło o to, aby tylko poznać kryjówki leśne band "Warszyca" - zmieniały się przecież z dnia na dzień. Nie chodziło również o to, aby poznać dowódców oddziałów leśnych, ci bowiem w gruncie rzeczy byli już Urzędowi znani. Chodziło o coś bardziej skomplikowanego, o ujęcie ich, i to żywcem.
        Tak więc zadanie, jakie powierzono "Anglikowi", nie należało do łatwych. A przede wszystkim było bardzo niebezpieczne. "Anglik" wykonał je całkowicie i to w bardzo krótkim czasie.

***

        24 sierpnia 1946 roku, a więc w miesiąc po aresztowaniu "Warszyca", tajemniczy "Anglik" przyjechał z Łodzi do Radomska, prowadząc samotnie "Willisa" należącego do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa z Łodzi. W Radomsku zajechał pod dom pewnej kobiety, o której od dawna wiedział, że posiada kontakt z "Klingą" i zawiadomił ją, że odebrał od "Klingi" rozpaczliwy meldunek z prośbą o pomoc, gdyż jest on już w Radomszczańskiem zupełnie „spalony”. Będąc rzekomo w Warszawie, "Anglik" porozumiał się z dowódcami innych konspiracyjnych ugrupowań działających w Polsce otrzymał dla "Klingi" zaproszenie, aby ten wziął udział w naradzie dowódców grup leśnych, która ma się odbyć w Warszawie w dniu 2 września. Na tej naradzie - jak poinformował "Anglik" ową kobietę, zostanie zdecydowane, czy "Klinga" będzie przerzucony w Lubelskie dla dalszej działalności konspiracyjnej, czy też umożliwi mu się ucieczkę za granicę.
        "Anglik" zdecydował, że do Warszawy odwiezie "Klingę" sam i to samochodem Urzędu Bezpieczeństwa, gdyż ten środek lokomocji - jest jego zdaniem dla "Klingi" najbardziej bezpieczny. Zezwala się również "Klindze" pojechać do Warszawy w asyście dwóch adiutantów.

***

        "Klinga" przyjął zaproszenie "Anglika". 31 sierpnia do osobowego samochodu "Anglika" wsiadł uzbrojony po zęby "Klinga" i jego dwóch ludzi. Było to w Radomsku przed domem łączniczki "Klingi". "Klinga" był w doskonałym humorze, śmiał się, żartował, klepał "Anglika" po plecach, świtała mu bowiem nadzieja na ucieczkę za granicę. W równie różowym humorze był i "Anglik", choć teraz czekała go najtrudniejsza część planu WUBP.
        Czytelnicy sądzą zapewne, że "Anglik" zajedzie samochodem wprost w bramę Urzędu Bezpieczeństwa? Nie. "Klinga" był zbyt bystry, aby dać się nabrać na taki kawał. Poza tym był uzbrojony i w asyście dwóch swych ludzi, w żadnym razie nie dałby się wziąć żywcem...
        Więc może aresztowanie nastąpi gdzieś po drodze do Warszawy?
        Ale w jaki sposób? Przecież "Klinga" i jego dwaj ludzie jadą w "Willisie", trzymając palce na cynglach odbezpieczonych pistoletów automatycznych. Każde zatrzymanie samochodu, to strzelanina, to przede wszystkim śmierć "Anglika".
        Nie. Samochód z bandytami nie zostanie zatrzymany nigdzie po drodze. Wszystkie posterunki wojskowe na szosie z Radomska przez Piotrków i Tomaszów aż do Warszawy są obstawione przez specjalnych ludzi z Urzędu Bezpieczeństwa. Nikt nie ma prawa zatrzymać tego "Willisa".
        Ba, zgodnie z planem WUBP za samochodem z bandytami jedzie inny samochód, z pracownikami Bezpieczeństwa. Ich zadaniem jest czuwać nad tym, aby "Willis" "Anglika" nie został nigdzie zatrzymany, aby mógł bezpiecznie dotrzeć do Warszawy. Mają oni prawo - w wypadku, gdyby jednak przypadkiem zdarzył się jakiś konflikt - zainterweniować i umożliwić dalszą podróż.
        Plan WUBP jest niezwykle precyzyjny, a przy tym opracowany z fantazją. Przekonacie się o tym w następnym odcinku.

        (d. c. n.)

nr 150, str. (?)


 

VII. As „angielskiego” wywiadu...

[Na rogu ulicy Nowogrodzkiej i Chałubińskiego do dziś stoi budka z piwem. To tu dokonano aresztowania "Klingi".]

         Czy znacie drogę z Radomska na Warszawę? Jedzie się przez Piotrków i Tomaszów gładką jak stół szosą. Można na tej drodze rozwinąć nawet dużą szybkość, mija się piękne lesiste okolice.
        ...Było upalne lato, 31 sierpnia 1946 roku, godzina siódma rano. "Anglik" bardzo zręcznie prowadził należącego do WUBP "Willisa", w którym wiózł "Klingę" i dwóch jego adiutantów. Bandytom ani przez myśl nie przeszło kim jest ich kierowca. Zabawiał ich miłą, dowcipną rozmową, był w mundurze oficera z naszywkami kapitana. To, że "Anglik" jest oficerem urzędu bezpieczeństwa, a "Willis" - własnością urzędu bezpieczeństwa - wydawało się bandytom niezwykle dowcipne.
        - Masz bracie głowę nie od parady - zadowolony "Klinga" klepał "Anglika" po plecach. - Zaraz widać, bracie, angielską szkołę wywiadu. Po całym województwie szukają mnie „bezpieczniaki”, a tymczasem ja sobie do Warszawy jadę ich samochodem, z ich oficerem, palę ich benzynę.
        "Anglik" przyjmował pochwały "Klingi" z przysłowiową „angielską flegmą”. Kiwał głową, wskazywał na piękno krajobrazu, od czasu do czasu pytał jak się skontaktować z "Jurem" dowódcą jednego z oddziałów. Mówił, że chciałby zaproponować "Jurowi" pewną drobną robótkę.
        Bandyci trzymali na kolanach pistolety maszynowe, w każdej chwili gotowe do strzału. W gruncie rzeczy mieli „pietra”, szczególnie, kiedy "Willis" przemykał obok kontrolnych posterunków wojskowych. Ale marzyła się im owa obiecana przez "Anglika" podróż za granicę, a w najgorszym razie przerzucenie na teren bezpieczniejszy - i tym przezwyciężali strach. Zresztą podczas całej dość długiej podróży ani razu nikt ich nie zaczepił, kapitan za kierownicą wozu urzędu bezpieczeństwa nie budził podejrzeń posterunków. I dopiero teraz jeszcze bardziej zrozumieli bandyci jak mądrze zrobił "Anglik" przewożąc ich do Warszawy służbowym samochodem. I rósł podziw i jednocześnie zaufanie do niego.
        A ten częstował ich amerykańskimi papierosami, czekoladą, obiecywał, że jak przyjadą do Warszawy i odpoczną, pozna ich z ładnymi dziewczętami.

***

        Około godziny 10 rano - zgodnie ze szczegółowym planem opracowanym przez WUBP i Wydział Informacji WP - "Anglik" przywiózł "Klingę" i jego dwóch adiutantów do rogu ulic Wspólnej i Emilii Plater w Warszawie. Tu czekał już od godziny 9 rano rzekomy łącznik "Anglika" a w rzeczywistości oficer informacji. "Łącznik" wręczył "Anglikowi" klucz do jego mieszkania, które długo i uważnie przygotowywane było na przyjęcie „gości z lasu”...
        Kiedy się przegląda plan ujęcia "Klingi" wyraźnie widać, że nawet drobne detale wydawały się bardzo ważne jego twórcom. I tak np. wyszczególniono: „w mieszkaniu muszą leżeć numery "Gazety Ludowej" i koniecznie karty do gry. "Łącznik" nie powinien zbyt długo rozmawiać z towarzyszami "Klingi", gdyż może się »wsypać«. Dlatego winien zaproponować im grę w karty i w ten sposób przeczekać z nimi aż do powrotu "Anglika"...
        Wszystko odbyło się zgodnie z planem. "Bandyci" wraz z "Anglikiem" i jego łącznikiem przyjechali do prywatnego mieszkania "Anglika" - umyli się i pożywili. W pewnej chwili "Anglik" mówi bandytom, że musi odprowadzić auto do garażu i odprowadza je... ale do koszar Wydziału Informacji, gdzie zawiadamia, że "Klinga" przybył do Warszawy.
        Następnie wraca do swego mieszkania i proponuje "Klindze", aby razem udali się do Hotelu "Polonia", gdzie pozna go z oficerem angielskim, swoim kolegą, (chodziło o to, aby "Klingę" oddzielić od jego adiutantów). "Klinga" zgadza się i oto obydwaj - on i "Anglik" idą ulicami Wspólną, Emilii Plater, Nowogrodzką. Na rogu Nowogrodzkiej i Chałubińskiego do dziś stoi budka z piwem...
        Do budki podchodzi "Anglik" i prosi o dwa piwa. Pije sam, częstuje "Klingę". Ten podnosi do ust kufel. Prawą rękę ma zajętą kuflem...
        I właśnie w tym momencie ukryci za budką funkcjonariusze bezpieczeństwa chwytają "Klingę" pod ręce, błyskawicznie zajeżdża czekające za rogiem auto osobowe, wpychają "Klingę" do samochodu.
        A wszystko to dzieje się tak szybko, że prawie nikt z przechodniów na tej tak ludnej przecież ulicy - nie zauważył incydentu.
        "Klinga" jest unieszkodliwiony. Został aresztowany. Aresztowano go w centrum Warszawy. „Bez wystrzału” - jak brzmiał rozkaz.

***

[Ul. Wspólna. W momencie gdy dwaj ludzie "Klingi" przechodzą obok bramy...]

        Tymczasem w prywatnym mieszkaniu "Anglika" jego łącznik toczy grzeczną konwersację z dwoma bandytami. Opowiada im jak to mu się dobrze pracuje z „kapitanem”, jakie to kapitan ma piękne mieszkania - jedno w Krakowie i drugie w Warszawie. Potem proponuje grę w karty... Wkrótce powraca "Anglik". Oświadcza, że otrzymał z przydziału paczki UNRRA i zachęca ich, aby poszli z nim je odebrać.
        ...Idą w czwórkę - dwaj bandyci, "Anglik" i jego łącznik - ulicą Wspólną w stronę Chałubińskiego, po stronie, gdzie jest żelazny parkan. Zgodnie z planem - w momencie, kiedy ludzie "Klingi" nadchodzą na wysokość bramy wybiega stamtąd dwóch funkcjonariuszy UB, chwytają z tyłu ludzi "Klingi" i wraz z "Anglikiem" i łącznikiem wiążą ich, wciągają w głąb bramy, gdzie na wszelki wypadek oczekiwał również pluton żołnierzy.
        Tak oto oprócz "Klingi" aresztowano dwóch jego adiutantów.
        "Anglik" pije trzy duże czarne kawy w "Polonii", potem z koszar KBW „wypożycza” duże ciężarowe auto i jedzie nim do Radomska.
        Jedzie, aby w ten sam co "Klingę" sposób chwycić całą bandę "Jura". Lecz jest to o wiele bardziej ryzykowne przedsięwzięcie. Co innego dostarczyć do Warszawy i aresztować trzech groźnych bandytów, a co innego całą dużą bandę przetransportować ciężarowym samochodem i uwięzić.
        O tym, jak wypadła ta akcja - w następnym odcinku.

        (c. d. n.)

nr 153, str. (?)


 

VIII. Jak zginął "Rudy"?

[W tej stodole w Wójcinie po raz ostatni nocowały niedobitki bandy "Rudego" wraz ze swym dowódcą.]

         Dnia 10.8.46 roku powiatowy UB w Wieluniu nadał następujący meldunek do swych władz zwierzchnich:
        „Banda "Rudego" w sile 7 osób została otoczona przez naszych ludzi w gminie Bolesławiec we wsi Wójcin. Otwarto ogień... Czy ujęto kogoś, nie ma dotychczas żadnych szczegółowych wiadomości”.
        Tak oto banda "Rudego", która do grudnia 1945 roku liczyła 800 ludzi - stopniała do 7 i „zamelinowała” się w Wójcinie w starym młynie, zwanym tu "Papiernią". Młyn ów leży w najbardziej malowniczym i chyba najbardziej dogodnym dla bandytów miejscu.
        Młyn stoi z dala od wsi, nad trzema niewielkimi rzeczkami, między którymi rozlewają się bagna i latem rosną wysokie szuwary. Zabudowania młyna stykają się z szuwarami, wystarczyło jedno ostrzeżenie, a cała banda mogła natychmiast zniknąć, „ulotnić” się krzakami i zaroślami w stronę pobliskiego lasu.
        Właśnie tutaj od dawna miał swoją ulubioną siedzibę "Rudy". Stąd dokonywał wypadów na odległe nawet tereny - w powiat kępiński, wieluński, kluczborski.
        "Rudy" odznaczał się niezwykłym okrucieństwem a jednocześnie był niezwykle sprytny, niekiedy postępujący z bandycką brawurą, z szaleńczą odwagą. Opowiadano mi jak to w dzień odpustu w Bolesławcu przebrał się za handlarza i pośród elewów szkoły podoficerskiej, którzy zjechali do Bolesławca, aby go schwytać - sprzedawał piłeczki. Jego zastępca nosił przezwisko "Piekarz", gdyż posiadał bardzo bladą twarz i jasne długie włosy. A ponieważ głos miał bardzo cienki, kobiecy, często gęsto przebierał się w suknie kobiece i chodził „flirtować” z żołnierzami, co dla niejednego okazywało się zgubne.
        "Rudy" posiadał pistolet (12 mm) z piękną kościaną rączką. Władał nim świetnie. Zdobycie tego pistoletu było ambicją niejednego z żołnierzy KBW i funkcjonariuszy milicji. Widywano często "Rudego" jeżdżącego spokojnie po drogach w Wieruszowskiem na dużym motocyklu. Na tym motorze wywoził też do lasu i rozstrzeliwał swych podwładnych, którzy mu się w jakiś sposób narazili.
        Był to bandyta bez żadnych zasad, bez żadnych skrupułów. Do bandy ściągnęło go pragnienie użycia, łatwy chleb. Miał na sumieniu 92 morderstwa, dokonane z pełną premedytacją. Kilkakrotnie rozbity przez oddziały KBW i UB zamelinował się w młynie w Wójcinie.
        Tu latem 1946 roku, boksując się z jednym z bandytów i mając niezabezpieczony pistolet u boku, postrzelił się sam w lewy bok. Opatrzono go, ale "Rudy", chociaż chodził, nie był zdolny do walki. Właśnie wtedy młyn, w którym spali bandyci, został otoczony przez nasze oddziały.

[W 1946 r. nie było tu tego drewnianego mostku. Na brzegu tej rzeczki zastrzelił się "Rudy", nie mając sił do dalszej ucieczki.]

        Była czwarta rano, w łąkach koło młyna grały derkacze, żołnierze podchodzili pod młyn cicho, przekradając się ostrożnie przez szuwary i krzaki.
        Ktoś z żołnierzy strzelił nieopatrznie. Pierwszy wyskoczył ze stodoły "Rudy", z pistoletem w ręku przebiegł koło młyna, w biegu postrzelił jednego milicjanta, wbiegł na kładkę, potem wpław przebył drugą rzeczkę. Strzały padały gęsto, ale "Rudy" biegł, klucząc jak zając. Byłby może i tym razem wyrwał się z okrążenia, ale gdy przepłynął trzecią rzeczkę... zabrakło mu sił.
        Różne są wersje śmierci "Rudego". Z początku nadano meldunek, że został zabity przez żołnierzy, później okazało się jednak, że "Rudy" zastrzelił się sam, nie mając już sił do dalszej ucieczki. Padł na brzegu trzeciej rzeczki o trzy kroki od gęstej ściany krzaków i szuwarów.
        Zginęło również dwóch innych bandytów, ratujących się ucieczką ze stodoły, pozostałych schwytano.
        Tak 10.8.46 roku w Wieruszowskiem przestała istnieć banda "Rudego", która była postrachem ludności przez wiele miesięcy.


 

IX. Koniec bandy "Jura"

         W poprzednim odcinku pisałam o tym, jak „as angielskiego wywiadu”, który w rzeczywistości był oficerem naszych władz bezpieczeństwa, wywiózł do Warszawy "Klingę" i dwóch jego adiutantów. Teraz "Anglik" jedzie ciężarowym samochodem KBW w lasy radomszczańskie, aby wywieźć z nich całą bandę "Jura".
        Na samochodzie są znaki Czerwonego Krzyża, co ma przekonać "Jura", że podróż w lasy lubelskie do "Klingi" - bo taką propozycję dał "Jurowi" "Anglik" - odbędzie się w warunkach zupełnego bezpieczeństwa.
        "Anglik" przybywa do Radomska, umieszcza samochód w jednej z fabryk, sam idzie do kryjówki "Jura", umawia się z nim w pewnym określonym miejscu na szosie, wraca do Radomska i podjeżdża po bandę samochodem.
        I znowu - zgodnie z planem opracowanym przez bezpieczeństwo - droga, którą przebyć ma samochód "Anglika" jest zabezpieczona, a posterunki mają rozkaz niekontrolowania samochodu ze znakami Czerwonego Krzyża.
        W drodze "Anglik" kilkakrotnie pozoruje drobne postoje. Jest to bardzo ważne dla całości przedsięwzięcia - o czym zresztą przekonamy się niedługo. Plan bowiem schwytania bandy "Jura" różni się zasadniczo od zrealizowanego już planu schwytania "Klingi".
        Nie wiem, które z tych przedsięwzięć było trudniejsze. Wtedy wiózł "Anglik" "Willisem" tylko "Klingę" i dwóch jego adiutantów, teraz - kilkunastu bandziorów, uzbrojonych w broń maszynową, obłożonych granatami.
        Wieźć ich - to nic trudnego. Ale jak schwytać? Pojedynczo czy razem? A przecież żaden z tych bandytów nie da się wziąć żywcem, za dużo dokonali zbrodni, aby mogli sądzić, że sąd daruje im życie.
        Tym razem więc "Anglik" chyba ma zadanie trudniejsze...

        (d. c. n.)

nr 157, str. (?)

         "Anglik" wiózł oddział "Jura" do Lublina szosą na Piotrków - Łuków. W lubelskich lasach grupa "Jura", której w Radomszczańskiem było zbyt ciasno i niebezpiecznie, miała się połączyć z "Klingą" i wznowić konspiracyjną działalność. Czy "Jur" mógł przypuszczać, że ów rzekomo zrzucony z samolotu "Anglik" jest oficerem bezpieczeństwa, a "Klinga" zamiast w Lubelskiem, siedzi w więzieniu w Warszawie?
        ...Na szosie pod Garwolinem, w miejscu, gdzie teren wznosi się po obydwu stronach drogi, tworząc jakby nasyp - czekała na samochód z "Jurem" i "Anglikiem" skrupulatnie przygotowana zasadzka. Jej znak orientacyjny stanowił spory krzak przy drodze. Po prawej stronie stały w kierunku jazdy 4 RKM oraz kilkunastu żołnierzy w pewnych odstępach. Naprzeciwko - w niewielkim oddaleniu - 2 RKM i kilku żołnierzy z automatami.
        Zgodnie z precyzyjnie opracowanym planem - samochód prowadzony przez "Anglika" miał się zatrzymać przy wyznaczonym krzaku. "Anglik" winien wyskoczyć z szoferki i ukryć się w rowie, zaś żołnierze z zasadzki - otoczywszy samochód - mieli zmusić bandytów do złożenia broni i poddania się.
        Wszystko z początku odbyło się zgodnie z planem. Tylko, że... "Jur" się nie poddał i począł strzelać z otoczonego samochodu. Żołnierze odpowiedzieli strzałami. Zabity został "Jur", "Kmicic", szef wywiadu bandy "Odważny", "Księżyc", "Chudy", "Mały", "Twardy", "Hardy" i kilku innych.
        A "Anglik" znowu wyruszył na „połów”...


 

X. Jak schwytano "Babinicza"

        W niedługim czasie po aresztowaniu "Warszyca" i w czasie popłochu, który powstał w "Warszycowym wojsku" - dnia 13.8.46 r. "Babinicz", dowódca leśnego oddziału w pow. wieluńskim rozwiązuje swój oddział, liczący wówczas 35 osób. Broń zmagazynowano w lasach wąsowskich. Każdy z członków bandy rozchodzi się w swoje strony. Sam "Babinicz" ucieka na Pomorze, ale wkrótce - gdy grunt zaczyna mu się palić pod nogami, razem z niejakim Janem W. (pseudo "Hubert") powraca na teren powiatu wieluńskiego, gdzie - jak mu się zdaje - łatwiej będzie się ukryć.
        W dniu 3.10.46 r. "Babinicz" spotyka się z "Wilgą" i "Burzą" w miejscowości Smugi. Tu dowiaduje się, że w Radomsku był "Anglik", że podobno wywiózł w bezpieczne miejsce "Klingę" i oddział "Jura". "Anglik" zaproponował także przerzucenie "Babinicza". Pozostawił nawet dokładną datę i miejsce spotkania, na które "Babinicz" winien podciągnąć ze swymi ludźmi. "Anglik" na to miejsce przybędzie samochodem ciężarowym ze znakami Czerwonego Krzyża.
        Tak się jednak jakoś złożyło, że "Babinicz" nie przybył na czas w umówione miejsce i ponownie rozwiązał swój oddział, częściowo skompletowany po powrocie z Pomorza.
        "Babinicz" uratował się nie na długo jednak. Bo oto wraz z "Hubertem" wyjeżdża do Warszawy. Tutaj na ulicy zostaje postrzelony i przewieziony do szpitala. Rozpoznają go funkcjonariusze UB. "Babinicz" zostaje aresztowany...
        Historia postrzelenia "Babinicza" wydaje się dość ciekawa i tajemnicza. Niestety, nie znam jej dokładnie. W aktach dotyczących sprawy "Warszyca" znalazłam tylko niewielką notatkę, którą przepisuję w całości:
        „Pomiędzy "Babiniczem" a "Hubertem", byłym oficerem sprzed 1939 roku, powstawały zatargi. "Hubert" jako oficer starszy stopniem usiłował "Babiniczowi" narzucić swoją inicjatywę, z którą "Babinicz" - jako dowódca oddziału - zgodzić się nie chciał. Zachodzi przypuszczenie, że "Hubert" usiłował zastrzelić "Babinicza", aby objąć po nim dowództwo oddziału, gdyż ludzie z tego oddziału, mimo jego rozwiązania, powrócić do domów nie mogli z powodu całkowitej dekonspiracji”.


 

XI. "Anglik" jedzie po "Cis-Troję" i "Korczaka"

["Babinicz" w chwili aresztowania w szpitalu warszawskim.]

        Z "Cis-Troją" i "Korczakiem" historia zaczęła się podobnie jak z "Klingą" i "Jurem". Tajemniczy "Anglik" wywiózł obydwu do Lublina, gdzie mieli zostać aresztowani.
        Lecz aresztowanie nie nastąpiło. Po przybyciu bowiem do Lublina, "Cis-Troja" i "Korczak" oświadczyli "Anglikowi", że mają tu bardzo ważne spotkanie z kimś, kto jest oficerem Wojska Polskiego, ale od dawna już służy podziemiu. Oczywiście "Anglik" zaniechał prowadzenia "Cis-Troja" i "Korczaka" do zasadzki, postanowił najpierw poznać owego oficera.
        Nastąpiło to przed dworcem w Lublinie.
        Ów oficer WP był w stopniu porucznika i do tego... polityczno-wychowawczego. W wywiadzie podziemia od dawna pracował pod kryptonimem CX21. Jak chwalił się podczas spotkania przed dworcem - w czasie okupacji prowadził "Szare Szeregi" w Pabianicach, miał pseudo "Kruk", działał w wywiadzie. Po wojnie ukończył szkołę oficerską, a od 1.5.46 r. wyjechał służbowo na akcję... przeciw bandom. Chwalił się "Anglikowi", że prowadził akcje przeciw bandom "Zapory", "Orlika", "Rysia" i innym, ale oczywiście nikogo nie złapał, gdyż uprzednio ostrzegał. Np. otrzymał rozkaz okrążenia i aresztowania 24 członków bandy ukrywających się we wsi Gołąb. Ostrzegł ich, a potem, gdy wieś otoczył, rzecz jasna, nikogo już nie mógł schwytać.
        "Anglik" zapamiętał nazwisko oficera, powrócił z "Cis-Troją" i "Korczakiem" do Warszawy. I tu, podobnie jak "Klindze", zaproponował spotkanie ze swym przyjacielem w "Polonii".
        Aresztowano ich w drodze do hotelu, na rogu Emilii Plater i Nowogrodzkiej. Jeszcze przedtem, po meldunku danym przez "Anglika", złapano w Lublinie oficera-szpiega, a do jego mieszkania w Pabianicach, gdzie miał ukryte archiwum, wkroczyli oficerowie UB.
        Tak w wielkim skrócie przedstawiała się historia schwytania kilku poważniejszych dowódców "Warszyca".
        Nie jest to jednak koniec działalności jego oddziałów. Bo po pierwszej silnej porażce w lecie 1946 r. zawiesiły one tylko na pewien czas swą działalność. W październiku 1946 r. na czele pozostałych jeszcze grup konspiracyjnych "Warszyca" staje "Janusz".

        (d. c. n.)

nr 159, str. (?)

         W październiku, gdy w łódzkim więzieniu siedzi już od kilku tygodni "Warszyc" i prawie cały jego sztab - w lasach województwa łódzkiego rodzi się nowe kierownictwo podziemia. Poszczególne grupy i grupki nawiązują ostrożnie dawne kontakty, powstają nowe „skrzynki” i „meliny”, odnajdują się ci, co ocaleli z letniego pogromu. Odradza się „warszycowe” wojsko pod nowym dowództwem.
        W październiku 1946 roku zmieniono dawny kryptonim KWP "Bory" na "Grody", a później "Gaje-Grody". Całość nowozorganizowanego podziemia liczyła wówczas 3 bataliony wojska: 1 batalion całkowicie gotowy do akcji, drugi w stadium organizacji, a trzeci prawie gotowy do działalności.
        Na czele tych oddziałów staje Jerzy Jasiński ps. "Janusz", b. dowódca Batalionu "Zamek", oficer sanacyjny w stopniu porucznika. Szefem wywiadu zostaje ps. "Izis", szefem żandarmerii - Janosik, pseudonim "Prawdzic", sprawy gospodarcze załatwia ps."Niutek".
        Nowy sztab przystępuje do akcji przeciw władzy ludowej. Znowu sypią się rozpaczliwe meldunki o rabunkach i morderstwach.
        Jednym z poważniejszych jest napad dokonany 10.10.46 r. na pociąg osobowy koło Gorzkowic. W czasie tego napadu zrabowano okrągłą sumę... 1 miliona złotych.

***

        ...Zaczęło się od tego, że do jadącego z Radomska do Piotrkowa pociągu osobowego wsiadło o godzinie 20 na stacji Gorzkowice pięciu ludzi uzbrojonych w automaty. Ludzie ci, nie zauważeni przez nikogo przedostali się z tyłu na węglarkę i gdy pociąg ruszył - weszli po schodkach do maszynisty. Sterroryzowali go bronią i oświadczyli, że musi im być posłuszny, ponieważ na trasie pod szynami podłożone są miny. Leżą one na torze w lesie obok miejscowości Rozprza. Z chwilą, gdy na torze zabłyśnie czerwone światełko - maszynista musi pociąg zatrzymać.
        Maszynista usłuchał uzbrojonych ludzi. W lesie koło Rozprzy zabłysło czerwone światło - pociąg stanął. Natychmiast otoczyło go jeszcze pięciu uzbrojonych ludzi, którzy czekali ukryci w lesie, pięciu zaś zeskoczyło z lokomotywy, podeszło do wagonu pocztowego, zażądało otwarcia kasy i zabrawszy l milion złotych... zniknęło w lesie.
        Pościg za nimi nie dał rezultatu.
        Nie był to zresztą pierwszy wypadek napadu na tej trasie. Na trzy dni przed opisanym napadem do pociągu Katowice - Warszawa weszło 4 uzbrojonych ludzi, zatrzymali pociąg koło stacji Milejów (6 km od Piotrkowa), sterroryzowali dużą grupę żołnierzy, zrabowali kilkanaście automatów i kilka sztuk broni krótkiej.

***

        A oto kilka meldunków z tego czasu:
        „Dnia 29.X.46 r. o godzinie 18 dwóch uzbrojonych osobników zastrzeliło na stacji w Pabianicach dyżurnego ruchu - Józefa Ciepiek”.
        „Dnia 31.X.46 r. banda "Asa" obrabowała fabrykę włókienniczą w Tomaszowie”.
        „Dnia 1.XI.46 r. został zabity przez bandę Stanisław Leszczyński, mieszkaniec wsi Kliszyn w pow. Radomsko”.
        „Tego samego dnia dokonano napadu na spółdzielnię w  Pajęcznie, rabując towar na sumę 60 tysięcy zł”.
        „Dnia 17.11.46 r. banda w sile 10 ludzi napadła na mieszkanie pracownika UB w Piotrkowie, pobiła jego żonę i zabrała garderobę0.
        „Tego samego dnia na trasie Janów - Pontów w Wieluńskiem zatrzymany został pociąg nr 3. Bandyci napadli na żołnierzy i obrabowali ich z broni i umundurowania”.
        „Tego samego dnia banda "Wilka" w sile 20 ludzi napadła na posterunek MO w Rozprzy”.
        „Dnia 20.11.46 r. banda "Wilka" rozbroiła posterunek MO w Skotnikach pow. Końskie”.
        „Dnia 9.11.46 r. na stacji w Praszce członek bandy "Babinicza" - Feliks Mazurkiewicz zabił komendanta posterunku MO Kozów oraz jedną osobę cywilną. W pościgu bandyta został ranny, zmarł w drodze do szpitala”.
        „Dnia 24.11.46 r. na zabawie tanecznej we wsi Dziepuła gminy Dmenin w Radomszczańskiem banda w sile 10 ludzi zastrzeliła Zenonę Karkowską oraz zraniła Stanisława Kubasika i komendanta ORMO, Jana Wasiaka”.

***

        W województwie łódzkim znowu zrobiło się „gorąco”.
        Ale i WUBP w Łodzi bardzo prędko orientuje się w sytuacji i w krótkim czasie zdobywa wiele informacji o sztabie podziemia, dowodzonym przez "Janusza". Wkrótce już znana jest liczba osób i kryptonim, miejsce rozlokowania poszczególnych oddziałów, a nawet takie szczegóły, że „w sztabie "Janusza" są wielkie tarcia między poszczególnymi dowódcami”. I tak "Roman" uważając się za bardziej biegłego organizacyjnie od "Janusza" pretenduje do objęcia jego stanowiska, tym bardziej że w jego ręku trzymane są prawie wszystkie ważniejsze sprawy organizacyjne, gdyż "Janusz" zajmuje się wyłącznie pobieraniem pieniędzy, których nikomu nie wypłaca ...lecz zatrzymuje sobie, co staje się powodem konfliktów między "Romanem" i "Januszem".
        Wokół sztabu "Janusza" zacieśnia się krąg podejrzeń i informacji. Już wiadomo, że sztab "Janusza" zbiera się w czterech „melinach” w Częstochowie, znane są adresy i nazwiska.
        W dniu 31 grudnia 1946 roku grupy operacyjne WUBP w Łodzi dokonują aresztowania całego sztabu wraz z "Januszem", a oprócz nich jeszcze 26 członków podziemia.
        Nie udaje się schwytać tylko "Prawdzica". I to właśnie on z kolei staje na czele 30-osobowego aktywu KWP i około 300 uzbrojonych ludzi.
        Październik, listopad, grudzień - tyle tylko cieszył się dowództwem "Janusz", skazany później na karę śmierci, którą na podstawie amnestii w 1947 roku zmieniono mu na karę piętnastu lat więzienia.

        (d. c. n.)

nr 161, str. (?)

         W grudniu 1946 roku przed Rejonowym Sądem Wojskowym w Łodzi toczy się proces przeciw "Warszycowi" i członkom jego sztabu - "Albertowi", "Klindze", "Wiktorowi", "Romaszewskiemu", "Montwiłłowi", "Własowowi" i kilku innym.
        Wyroki zapadają surowe. "Warszyc" za dokonanie 148 przestępstw otrzymuje karę śmierci. Podobna kara spotyka "Klingę", "Alberta", "Wiktora", "Montwiłła", "Własowa". Prezydent Bolesław Bierut zmienia karę śmierci Bobrowskiemu i Antoniemu Bartolikowi na bezterminowe więzienie.
        Podczas rozprawy ujęto Czesława Bartolika ps. "Cwaniak", członka bandy Chowańskiego (pseudo "Kuba"). Przyszedł on na rozprawę swego brata - Antoniego Bartolika, który odpowiadał wraz z "Warszvcem" i został rozpoznany w tłumie.
        W grudniu, jak wiemy z poprzedniego odcinka, ujęto również nowy sztab tzw. Konspiracyjnego Wojska Polskiego pod dowództwem "Janusza".
        Jakie były koleje pozostałych jeszcze w podziemiu oddziałów?
        Po "Januszu" na czele podziemia warszycowego staje "Prawdzic" (prawdziwe nazwisko - Janosik). KWP posiada jeszcze siłę 2 batalionów, rozlokowanych na terenie powiatu piotrkowskiego i radomszczańskiego. Jeden batalion pod kryptonimem "Zbroja" dowodzony jest przez "Konrada" i liczy trzy kompanie, drugi pod kryptonimem "Motor" dowodzony jest przez samego "Prawdzica". Obok tych oddziałów istnieją jeszcze grupy SOS. Jest ich 6 pod dowództwami "Huragana", "Wilka", "Tomka", "Skiby" i innych.
        Pod koniec lutego 1947 roku zostaje wykonany wyrok na "Warszycu".

[Oto przed gmachem PUBP w Radomsku "Prawdzic" ujawnia swój oddział w dniu 16.III.1947 r.]

["Prawdzic" składa raport szefowi UB.]

        W tym czasie ukazuje się amnestia, która powoduje ujawnienie się wielu oddziałów.
        I tak ujawniają się:
        Jaworski ps. "Upiór" wraz z 8 ludźmi,
        Olejniczak ps. "Konrad" z 25 ludźmi.
        Wyprowadza swych ludzi z podziemia również Janosik pseudonim "Prawdzic". 15 marca 1947 r. przed gmachem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa melduje swe przybycie "Prawdzic" wraz z 34 członkami oddziału. Zdają 1 rkm, 14 automatów, 16 karabinów, 12 pistoletów.
        19 marca "Prawdzic" ujawnia nową grupę, tym razem złożoną z 20 ludzi.
        Potem ujawnia się "Laluś" z 8 członkami bandy. 25 marca korzysta z amnestii K. Ziętek ps."Zemsta" i wyprowadza z podziemia 12 ludzi. Podobnie czyni i Antoni Pabianek (pseudo "Błyskawica").
        W ten sposób wraz z ujawnieniem się oddziałów "Prawdzica" - Konspiracyjne Wojsko Polskie - po prawie dwuletniej działalności terrorystycznej - przestaje istnieć. Ale nawet i wówczas mieszkańcy województwa łódzkiego nie mogą spać spokojnie. Tu i ówdzie działają jeszcze luźne grupy, szczątki dawniej potężnej organizacji "Warszyca". Grupami tymi dowodzą ludzie zupełnie już zdegenerowani podziemnym życiem. Wśród nich najgorszy, najbardziej krwiożerczy - to Małolepszy - "Murat", działający w pow. wieluńskim i "Huragan", grasujący w powiecie sieradzkim.
        Walka z "Muratem" - to nowa karta w historii walki z podziemiem i bandytyzmem. Ale i "Murata" dość szybko spotyka smutny koniec.
        Najdłużej działa grupa "Danielaka". (Jak wiemy, samego "Danielaka" schwytano dopiero bardzo niedawno).
        "Prawdzic", który spowodował ujawnienie się poważnej części podziemnych oddziałów - zataił przed władzami ogromne ilości zmagazynowanej broni. To właśnie z niej korzystają później luźne oddziałki bandyckie. "Prawdzic" zaś w obawie przed odpowiedzialnością - ucieka za granicę, do Anglii, gdzie przebywa dotychczas. Potem w Polsce następują nowe amnestie, które poważnie łagodzą wyroki sądowe, jakie zapadły na członków warszycowego podziemia. Władza ludowa jest wielkoduszna - dziś prawie wszyscy ci ludzie są już na wolności.
        Nikt jednak nie zwróci życia tym, którzy zostali zamordowani, którzy zginęli w walce. Jest to dla nas jeszcze jedna gorzka lekcja historii.
        Czy umiemy wyciągać z niej wnioski?

nr 164, str. (?)

 



tagi: komuniści  prowokacja  ak  ub  kbw  pan samochodzik  zbigniew nienacki  zbigniew  wojnar  zbigniew tomasz nowicki  stanisław sojczyński  liście dębu  perkun  jerzy passendorfer  anglik  akcja brutus  ewa połaniecka  albert  z 24  siwiński  zygmunt lercel  c 25  dzieje kwp  mbp  prowokatorzy  radomsko  worek judaszów  sławek formella  ormo  rokita  boruta  bandy  warszyc  kryształowe zwierciadło  dunaj 

umami
15 grudnia 2019 18:58
11     1554    10 zaloguj sie by polubić
komentarze:
gorylisko @umami
15 grudnia 2019 19:58

na początku miałem przeczucie a potem kolega mnie upewnił... jako dzieciak widziałem film i pamiętam Pyrkosza jako Borutę... w finałowej scenie wywiazała się strzelanina i jeden z leśnych rzucajac granat został postrzelony, granat eksplodował w ciężarówce i wszyscy zginęli...  zdaje się, że było zapotrzebowanie społeczne na śmierć w walce zamiast strzelania w potylicę... wykonał pan kawał roboty, dzięki... fajnie się czytało, rzecz w tym, że smutne jest iż autor poczytnych powieści o panu samochodziku, które lubiłem, okazał się zwykłą szują... no cóż, jest już tam gedzie każdego czeka osąd sprawiedliwy... a gdzie jest ? Bóg Miłosierny zawsze szuka cienia pozoru aby nie zesłać duszy tam gdzie stalin z hitlerem...

zaloguj się by móc komentować

atelin @umami
15 grudnia 2019 20:31

To nie notka. To ksiązka. Do wydania.

zaloguj się by móc komentować

ikony58 @umami
15 grudnia 2019 20:32

W korespondencji z Tomaszem Lenczewskim skruszony Zbigniew Nienacki twierdził, że w owym czasie nie mógł pisać inaczej, natomiast materiały źródłowe wykorzystane w toku prac nad reportażami wydzielane były przez bezpiekę.IPN PAMIEC I SPRAWIEDLIWOSC 1 (5) 2004

zaloguj się by móc komentować

ikony58 @umami
15 grudnia 2019 20:56

z podziekowaniem,

Trudno powiedzieć czy M. Tatarkówna-Majkowska-I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR- czytała literaturę piękną, a jeśli tak to jakie gatunki pisarstwa były jej bliskie. Pośrednio należy wnioskować, że nie stroniła od powieści uznanych autorów, skoro wykorzystywała swoje stanowisko, aby pozyskać od Państwowego Instytutu Wydawniczego powieści Ernesta Hemingwaya „Rzeka dwóch serc”, „Rogi byka”, „Stary człowiek i morze” czy „Pożegnanie z bronią”. Jednak wspomniane wydawnictwo nie posiadało w swojej ofercie „Komu bije dzwon” – na której też jej zależało i w stosownym piśmie odsyłało I sekretarz KŁ PZPR do „Czytelnika”209 . W listopadzie 1963 r. otrzymała list od Heleny Nowickiej, żony pisarza Zbigniewa Nienackiego. Zwracała się ona z prośbą o interwencję w sprawie męża, który miał kłopoty za zeznania przed komisją kontroli partyjnej w bliżej nieznanej sprawie. Obciążył kilka osób z KŁ PZPR i w efekcie zaczęło się wywieranie na niego presji, aby wycofał swoje słowa. Mimo rozwoju sytuacji w niekorzystnym kierunku, jak nękanie telefonami w nocy, nie zamierzał odwoływać swoich zeznań. Wówczas to H. Nowicka – jak sama przyznawała w liście – zachęcała męża do złożenia wizyty M. Tatarkównie-Majkowskiej, na co miał odpowiedzieć, że było mu to uniemożliwiane. Żona Z. Nienackiego wychodząc więc z założenia, że I sekretarz KŁ PZPR pewnie nic nie wiedziała o staraniach łódzkiego pisarza napisała do niej wspomniany list. Co ciekawe, w liście tym najwięcej miejsca poświęciła kwestii braku docenienia twórczości męża przez rodzinne miasto Łódź 210. Trudno orzec, jak zakończyła się sprawa zeznań złożonych przed komisją kontroli partyjnej, ale warto podkreślić to nie było pierwszy raz, kiedy ów pisarz miał pretensje pod adresem pracowników KŁ PZPR. Wiosną 1961 r. złożył do Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej skargę na Wydziały Propagandy i Kultury za rzekome szkalowanie i nieprzychylne nastawienie do jego osoby. Również wtedy pojawił się zarzut, że młode pokolenie artystów, do którego grona Z. Nienacki zaliczał i siebie, było niedoceniane w Łodzi211. Warto zauważyć, że „dziwnym trafem”, po liście H. Nowickiej, jej mąż otrzymał w 1964 r. literacką nagrodę Łodzi

za Michalina Tatarkówna-Majkowska Biografia Praca doktorska napisana w Katedrze Historii Polski i Świata po 1945 r. pod kierunkiem prof. nadzw. dr hab. Krzysztofa Lesiakowskiego

 

W biografii Zbigniewa Nienackiego, autorstwa Mariusza Szylaka, próżno szukać wyjaśnień przedstawionych sytuacji. Zob.: M. Szylak, Zbigniew Nienacki. Życie i twórczość, Olsztyn 2009.

zaloguj się by móc komentować

umami @gorylisko 15 grudnia 2019 19:58
16 grudnia 2019 03:42

Ja wolałem grać w piłkę i załapałem się tylko na Templariuszy. Analfabeci górą :)

zaloguj się by móc komentować

umami @atelin 15 grudnia 2019 20:31
16 grudnia 2019 03:43

Nie sądzę, żeby ktoś na to przystał.

zaloguj się by móc komentować

umami @ikony58 15 grudnia 2019 20:32
16 grudnia 2019 03:48

Taaa... Twórca odrzucony. Pisarz wyklęty. Nie chciał ale musiał
Mi się jednak najbardziej podoba format „dziennikarz śledczy na smyczy”, zupełnie nie przymierzając do czasów dzisiajeszych...
Tylko czekać na wysyp filmów.

zaloguj się by móc komentować

umami @umami
16 grudnia 2019 04:27

Zapomniałem dodać, że ten „robot” czytający Worek Judaszów słowo szubienica czyta szubiennica. Przez dwa „n”, jak dzwonnica. Zapewne takie memento, dzwoniące w uszach.

zaloguj się by móc komentować

gabriel-maciejewski @umami 16 grudnia 2019 03:42
16 grudnia 2019 07:41

Niepiśmienni francuscy baronowie

zaloguj się by móc komentować

Andrzej-z-Gdanska @umami
16 grudnia 2019 09:06

Jeszcze nie przeczytałem, ale dałem plusa za ogrom ciekawej jak domniemywam pracy, "książki" -może w odcinkach?

To chyba lepsze niż ten "Worek..., którego też nie odsłuchałem, ale mam chęć. :)

zaloguj się by móc komentować

umami @Andrzej-z-Gdanska 16 grudnia 2019 09:06
16 grudnia 2019 16:36

To się ściśle ze sobą wiąże. Pewnie też te Liście dębu trzeba byłoby przeczytać i ten film do kompletu zobaczyć. Odsłuchać te Liście można na youtubie, tylko to ma 2 części, więc daje ponad 9 godzin słuchania i nie wiem czy to aby nie za dużo.
Jak na ten Worek spojrzy się jak na lekcję prowokacji/deprawacji, to do udźwignięcia ale w uszach zgrzyta. Ten film jest bardziej łopatologiczny, taką prop-agitkę z tego zrobili.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować